Raz chytra baba z Kóz
zwoziła wozem gruz
w dosyć frywolnej bluzie
w efekcie na tym gruzie
posiadł ją rolnik z Brzóz
Wyjście na ląd
Daję się wiązać do masztów. Wieczorami
mimo ostrzeżeń odpowiednich władz
spaceruję po ostrych klifach
tam gdzie w morzu nigdy nie wysycha
Twoja scena. Twój płaski głaz
Ty wtedy śpiewasz tak
że z nieba spada ptak
Powinienem się rzucić w dół
zafurkotać i zniknąć w toni
całe życie za kobiety pół
całe życie za kobiety pół
jedna myśl mnie od tego chroni
Komu zaśpiewasz kiedy umrę
kiedy północną przerwiesz ciszę
i półkobieco skonstatujesz
że Cię nie słyszę
Kiedy za całą ci widownię będą dwa kraby
trzy ryjówki i jakiś na umyśle słaby
wieśniak co wraca z potańcówki
Doprawdy – lepiej moja Miła
byłoby zrezygnować z głębi
zewoluować ogon w nogi
i przyjść tu zanim się przeziębisz
A gdy za morzem żal zakwili
w jakiś poranek mgłą zasnuty
wiedz żeśmy tu już wymyślili
coś co pocieszy Cię po chwili:
buty
Popchnij mnie
Popchnij mnie. Zobaczymy co się nam rozwinie
gdy zamigają okna spadochron skrzydła nic
bo może tylko miasto będzie się w dole skrzyć
i dla tych co spadają mruczeć powolne hymny
Może sięgniemy dachu po drugiej stronie ulicy
wisząc na jednej ręce kołysał nas będzie wiatr
a my okażemy zwyczajny w tej sytuacji hart
nie reagując na słodki śpiew syren miejskiej policji
Spacerując krawędzią, która twardy konkret
i mgliste możliwości dzieli pół na pół
stopy stawiam ostrożnie. W dzieciństwie przesiąkłem
nadmierną asekuracją. Dożyłbym lat stu
siedząc na taborecie po tej stronie okna.
Popchnij mnie. Zobaczymy jak daleko w dół.
Noc do samych kolan
Ta miłość była nam czytana
od wczesnej młodości
w miękkich i twardych okładkach
pod kołdrą do rana
przesiąkliśmy nią
do kości
Więc jak wysoko ceni sobie pani
swoje nagie kolano?
Myśmy nie dali jednak
nie dali się opisać
kredą zamierzchłych romansów
myśmy wysuwali
poza kredowe granice
to lewą rękę to piętę
spoza białego obrysu
sterczało od czasu do czasu
osiem lub dziewięć palców
Więc jak wysoko ceni sobie pani
swoje nagie kolano?
tą apetyczną rzepkę
fragment literatury
całowany w tę noc jak leci
jak to mówią rękopisy nie płoną
ale możesz ją ogrzać bo przecież
płoną bladym płomieniem poeci
Killgrave 2
Panienka z perfumerii podchodzi z pytaniem
Czego pan sobie życzy? Uśmiecham się tylko
Miałaś na półce w łazience właśnie taki flakon
Chciałaś się kiedyś ukryć pod takim zapachem
To było rozczulające – ten zapach na tobie
Dziurawa ośla skórka. Trzeba było czasu
żeby cię z niego wydobyć trzeba było pracy
żebyś któregoś poranka pachniała jak człowiek
Teraz możesz nareszcie wąchać moje wiersze
z zawiązanymi oczami oglądać bukiety
wzdychając pełną piersią
wypuszczając w eter
opowieść, w której jesteś niezmiennie tą pierwszą
w której możesz być sobą i pachnieć kobietą
Niewiasta z Kinszasy
Pewna niewiasta z Kinszasy
trafiła na łamy prasy
my takie panie znamy
zajmuje taka trzy łamy
a wciąż jej wystają kulasy
Pałam najgorętszą z mięt
Do muzyki “Diamonds are the girl’s best friend”
Lecz tu, sto na stu umie
tak zapamiętać się
że francuz nam nie sięgnie pięt
nie speszy nas szwed nawet w stopniu docenta
nie zawstydzi czech
a nawet eskimosów trzech
Pośród ziół tu
chyba stu
co się kiepsko nadają na skręt
jest to którym dyszę
gdy głos twój usłyszę
pałam najgorętszą z mięt
I zbędny żeń-szeń
oraz mucha hiszpana
gdy pałam najgorętszą z mięt
I choćbym był leń
co zejść nie chce z tapczana
jeden mięty niuch
i wciągam brzuch
i para buch
Ty mnie pchaj
na nędzy skraj
aż po trumny ostatni wkręt
pałam najgorętszą
pałam najgorętszą
pałam najgorętszą
pałam nagorętszą z mięt
Codziennie na nowo
wrę miętą pieprzową
pałam najgorętszą z mięt
Wielki mosiężny sterowiec
Coraz częściej śnię miękkie obłoki. Coraz rzadziej zerkam za horyzont
nic wielkiego gramoli się słońce lub ten srebrny hipokryta księżyc
ale ja nie odbijam już światła. Tylko woda co w kotłach się pręży
tylko śmigło trzepoczące jeszcze niczym w kółko oszalały gryzoń
Za nitem nit. Wieczór i świt.
Zimne powietrze
przestrzeń
nic
Już nigdy się nie przegra, nie wygna, nie przygna
I nie wyjdziesz na pokład o bladym poranku
z filiżanką za uszko trzymaną bezwstydnie
skończył się bankiet
wiatr na relingach
gra kołysankę
Co na tobie wyrośnie
Co na tobie wyrośnie? Czy tylko kondukt świec
Schodzący wolno pod ziemię zaledwie jakiś wieniec
Którym się ciebie przykryje dokładnie na zapomnienie
W kwaterze o numerze dwieście pięćdziesiąt sześć?
Co na tobie wyrośnie? Może to będzie jesion
Albo gdy się ociepli – polodowcowy staw
Może morze i łąki sargassowych traw
Lub góra o wysokości kilometr trzysta pięćdziesiąt
Twój potomek nie będzie mówił. Jeśliś farciarz
Będzie może czymś więcej niż przypadkowym kamieniem
Licząc lata na rzęskach już raczej nie palcach
Lub płynąc bezwładnie do morza futurystycznym strumieniem
A kiedy dobiegnie końca ta eukariotyczna farsa
to twoja galaktyka nie wzruszy nawet ramieniem
Gra o tron
Mówią że giermek Pod
był pneumatyczny młot
Panno! Ty się zastanów
czy powtarzalnych panów
potrzeba ci do psot?
Kapłanka Melissandre
miewała serie chandr
gdy ją to dopadało
paliła co się dało
hasz, króla lub boysband
Był sobie też Jon Snow –
panie mówiły “łoł”
ale ten Żułan Jon
wcale nie szukał żon
i wdzięk ich go nie broł
Niejaki Tywin (dziad)
kiedyś w wychodku siadł.
Uważaj na tych z kuszą
co twierdzą że też muszą
– to jedna z moich rad
Pewna Cersei latem
miewała dzieci z bratem
lecz z brata ojciec cienki
nie miał do dzieci ręki
i gubił wciąż wypłatę
Pewien Tyrion z Casterly Rock
nader często brał dupę w trok.
Brałby ją i w dwa troki
ale był niewysoki
więc jeden trok był ok.