Długi akapit roku, Czas – wytrawny zecer,
złamie bezduszną środą i nikt nie da rady
niczego już w nim zmienić. A tak wiele przecież
było słów zbyt spłoszonych i gestów zbyt bladych
tyle było zaniechań, ucieczek i smutków,
nocy nie dość gwiaździstych, nie skończonych wątków.
Gdyby móc ten akapit przejrzeć po malutku
można by w jego treści poszukać porządku:
poprawić interpunkcję, zadbać o rytmikę
o płynność przechodzenia z nocy w jasne ranki
można by go uczynić zgrabnym prezencikiem
złożonym w dzień Sylwestra u kostek Wybranki.
Lecz Czas – surowy zecer – choć chęci masz spore
by dokonać korekty – nie uznaje korekt.
James Bond
Ja Bonda to kocham od dziecka, kiedy jeszcze za komuny uczęszczałem na półlegalne projekcje filmów o agencie Jej Królewskiej Mości w lokalnym Klubie Fantastyki. Projekcje oczywiście z kasety VHS, niejednokrotnie z niemieckim dubbingiem i czytaną przez jednego kolegę listą dialogową przetłumaczoną tak, że dzisiaj wyśmiano by ją na napisy.info.
No i bardzo mi w związku z tym przykro, że muszę zjechać nowego Bonda. Bo choć jego nowe wcielenie spodobało mi się w Casino Royale to podczas oglądania kontynuacji poczułem głód. Ja chcę prawdziwego Bonda! No dobrze. Ok. Można sobie było odpocząć od bondowskiej franczyzy przez jeden odcinek ale ja chcę mojego Bonda back!
Sami powiedzcie, co to za 007, który przez cały film za najbardziej wyszukany elektroniczny gadżet ma komórkę Sony Ericsson? I który w scenie otwierającej daje się gonić bandytom, o mało nie przypłacając tego pościgu życiem, zamiast jak to miał w zwyczaju odpalić rakiety zza tablicy rejestracyjnej, rozlać olej lub w ostateczności rozwinąć skrzydła i odlecieć? Co to za Bond ja się pytam, który kiedy mu ostrzeliwują samolot daje się zestrzelić jak dziecko zamiast przeskoczyć na wrogi aeroplan i natłuc złemu pilotowi po mordzie? A co do sceny ze spadochronem, to niech filmowcy pooglądają sobie Moonrakera. Tam jest wzorcowa (notabene robiona nie na komputerze tylko podczas prawdziwego spadania) scena ze spadochronem.
Poza tym proszę specjalistów od bijatyk, żeby nieco zwolnili tempo. Ja może już stary jestem ale przy niektórych mordobiciach momentami w ogóle nie wiedziałem kto aktualnie leje kogo (co istotnie wpływało na poziom suspensu, zwłaszcza że mordobicie odbywało się w suspensie właśnie i to dyndającym). Rozumiem, że w epoce montażu cyfrowego, robienie ujęć po dwie klatki nie sprawia takich problemów jak kiedyś, kiedy trzeba je było kleić, ale zważcie panowie montażyści, że w takim szybkim tempie widzom się wszystko rozmywa a przy okazji rozmywa się product placement.
I na ostatek, prośba od starego gadżeciarza. Nie róbcie mi tego, żebym miał lepszą komórkę niż James Bond. Przecież on jest od tego żeby mu zazdrościć.
Droga powrotna
Droga powrotna jest dłuższa. Ta którą się odchodzi
jest szeroka i zdobna w strzeliste cyprysy
pokazujące miasta, z których każde błyszczy
złotymi cyferblatami samych szczęśliwych godzin.
Droga powrotna jest dłuższa. Zwłaszcza że wraca się boso
przez dżdże i dnie przykrótkie i przygruntowe przymrozki
dźwigając na chudych plecach jedynie bagaż troski
że tak naprawdę się nie wie skąd jest ten powrót i dokąd.
Ale potem widzi sie dom, pełgający na wzgórzu jak ognik,
słyszy wrzawę, którą ślą na spotkanie merdające podwórzowe burki
i pomimo że czuje się w stopach ciężar nocy, lat, dni i tygodni
to uskrzydla żwirowa ścieżka zbiegająca zawadiacko z górki
i ta ulga którą odczuwasz, gdy wyjmujesz z kieszeni spodni
Klucz. Nadal pasujący do skrzypiącej ogrodowej furtki.
Ekshumanizm
Mam wrażenie, że generał Władysław Sikorski miał równie ciekawe życie przed, jak i po śmierci. Ogarnia mnie nawet pewien rodzaj zazdrości, bo jego doczesne szczątki podróżowały więcej i więcej zobaczyły świata niż moje doczesne szczątki. W dodatku, jako krzyczącą niesprawiedliwość odbieram fakt, że o ile zwykły, szary, człowiek może liczyć w (a właściwie po) życiu na jeden zaledwie pogrzeb, generałowi Sikorskiemu szykuje się już bodajże trzeci i to z jeszcze większą pompą niż dwa poprzednie. W tym dwa na Wawelu. I to tylko jeśli nie liczymy wpadnięcia pod wodę jak pogrzeb.
Słyszałem nawet plotkę, że szykuje się polsko-angielska koprodukcja o pośmiertnych losach generała pod roboczym tytułem “Cztery pogrzeby i wesele”. Rolę zmumifikowanego ma ponoć grać Hugh Grant.
Kolejny coming-out generała Sikorskiego dał pole do popisu wszystkim jego znajomym i współpracownikom (bądź ich potomkom), którzy zupełnie nie przejmując się starą zasadą, że o umarłych mówić należy “tylko dobrze lub wcale” ogłaszają w mediach iż:
“Jak powiedział dziennikarzom ambasador Szumowski, kiedy przed 15 laty wyjęto generała z trumny, można było całkowicie rozłożyć koc, którym był on owinięty, a na ciele widać było białą bieliznę. – Teraz koc jest wilgotny i bardzo mocno zespolony z ciałem. To nadal jest mumia, a nie szkielet, ale w znacznie bardziej mokrym stanie – ocenił Szumowski.” (za onet.pl)
Nie wiem jak Wam, ale mnie wydaje się niepokojące to publiczne przyznanie się do zaglądania nieboszczykowi w bieliznę. Na szczęście próby molestowania zmarłego mają szansę nie powtórzyć się w przyszłości (przy kolejnych ekshumacjach) gdyż jak czytamy w “Polityce”:
“26 listopada szczątki gen. Sikorskiego – ubrane w nowo uszyty mundur i włożone do nowej trumny – spoczną z powrotem w sarkofagu, tuż obok Tadeusza Kościuszki i Jana III Sobieskiego. – Wreszcie generał zostanie pochowany należycie, a nie w slipach i koszulce. Przygotowaliśmy dwa mundury typu brytyjskiego z oryginalnymi guzikami i orzełkiem na czapeczce. To stuprocentowa kopia prawdziwego munduru generała z Muzeum Wojska Polskiego – mówi Krzysztof Kłoskowski z firmy Hero Collection, która uszyła ostatnio filmowy mundur dla Brada Pitta.”
Niestety redakcja nie wspomina o tym czy drugi z dwóch mundurów będzie na zmianę i z jaką częstotliwością gen. Sikorski będzie teraz ekshumowany w celu zrobienia przepierki. W każdym razie jedna z wiodących firm zajmujących się dźwigami osobowymi już podobno złożyła ofertę na założenie windy w grobowcu. A następny sarkofag ma się zamykać na zamek błyskawiczny.
Eskalacja konfliktu
Niedziela, wcześnie rano:
Prezydent państwa co ciągle jest tylko państwem ościennym
wraz z drugim prezydentem puścili się traktem ciemnym
gdy nagle atmosferę bilateralnej przyjaźni
przerwał strzał. Całe szczęście był to tylko gaźnik.
Niedziela, południe, pierwsze informacje:
W strefie przygranicznej, w obecności dwóch prezydentów
doszło w godzinach porannych, jak mówią, do incydentu –
od strony zajętej przez rosjan padł (tak gadają) strzał
i ich prezydent się spietrał a nasz to nic się nie bał.
Niedziela, popołudniu, konferencja prasowa:
W strefie zajętej przez rosjan, tuż po wyjeździe z zakrętu
ostrzelano pojazdy co wiozły dwóch prezydentów
i mimo brzeczących w powietrzu stu ołowianych kul
to się prezydenci nie bali i czuli się bardzo cool.
Niedziela, wieczór, komunikat prasowy:
Przy posterunku granicznym na prezydentów uderzył
batalion ruskich przy wsparciu katiuszy oraz moździeży.
Każdy z dwóch prezydentów wybitnie odznaczył się walce:
ten zatkał katiusze czapką a tamten moździeż palcem.
Poniedziałek, rano, jeszcze jeden komunikat:
Tuż przy granicy z Osetią, z użyciem samych pięści
dwóch prezydentów przegnało rosyjską Gwiazdę Śmierci
(pięcioramienną rzecz jasna) a potem siłą wzroku
zmusili Lorda Vadera żeby ich błagał o pokój.
Podobno sam Luke Skywalker powiedział zeszłej niedzieli
że on by zrobić nie umiał tak właśnie jak oni umieli.
Oaza niespokojna (kasyda)
Gdzie stada trzody spędza się do wody,
tam pasterz młody skubał bokobrody.
Skubał zajadle bo bujnej urody
dziewczę podglądał. Panna – sama słodycz!
Właśnie zrzuciwszy ostatni krzyk mody
w stronę tej wody zwróciła stóp spody.
(dosyć liryki, zaczęły się schody
część opisowa – zwody i przygody)
Pasterz ślinienie ocierając z brody
nie wytrzymuje – będzie pisać ody:
“Piękna pasterko! Tyły Twe i przody
są tak jak słońca wschody i zachody!
Usta wydatne – jak najsłodsze miody,
piersi jak wielbłąd, nogi – jak przychody!”
(tu urwał pasterz. “Nogi jak przychody???”
Coś dziś upalnie. Pora pójść na lody)
“O cudna panno! Zębów Twych zagrody
błyszczą jak słońce w prognozie pogody!
A gdy coś powiesz swoim “language body”
wzrasta zużycie oczyszczonej sody!”
Tu pasterz zemdlał z wewnętrznej niezgody
na próżne gody i uczuć zawody.
(a my tymczasem ignorując kłody
zaczniem morały – słuchajcie narody!)
Może to brzydko podglądać jest młody
żeński materiał w okolicy wody.
Być może pasterz jest świnia, prowodyr,
źródło zepsucia i na zadku wrzody.
Lecz ryzykując na umyśle szkody
nie wszedł do wody tylko pisał ody
(a wszak nie spotkałby go akt niezgody
w okolicznościach tak pięknej przyrody.)
Epos z grzywką i pod skos
Drogą z Tuluzy do Awinionu
co się po ziemi ciągnie jak szal
wracali z wojen w zacisze domu
dwaj znamienici fryzjerzy:
znany wam Wojciech Obieżyn
i Henryk Dziki de Skalp
Jeszcze im w uszach jazgot bitewny
jeszcze na dłoniach odcisk od brzytew
i w głowie ciągle wibruje śpiewny
warkot maszynki gdy pod Madrytem
starli się z dziką rzeszą niewiernych
i ramię w ramię z głośnym “ha, ha, ha!!”
zgolili szorstkie jak papier ścierny
brody nieszczęsnym dzieciom Allacha
Jeszcze wracają wspomnienia czułe
chwili co dotąd zmysły im mąci
gdy w wielkiej bitwie koło Karlsruhe
poległ niejeden teutoński wąsik
O chwilo święta, radości wielka
gdy wśród rumieńców wstydu i pąsów
gubiąc z pośpiechu spodnie na szelkach
uciekał z pola tłum gołowąsów
Albo w Arabii, gdy pośród chwały
w nieprzyjacielskiej czarnej nawale
wycięli drogę poprzez oddziały
pejsy im strzygąc w zgrabne spirale
A każdy Arab w ten sposób pchnięty
na najczarniejszej rozpaczy kraniec
swe niedomyte pokazał pięty
i był zmuszony zmienić wyznanie.
Pełga na twarzach uśmiech złowieszczy
grzebień zaczepnie sterczy z kieszeni
pamięć podsuwa im twarze dziewczyn
które też strzygli rozanieleni.
Zmieniali dzieje całych narodów
karty historii pisząc na nowo
brzytwą, maszynką, szamponem z miodu
i gruszką z wodą toaletową.
Teraz wracają do swych zakładów
krętą ścieżyną francuskich Alp
doprowadziwszy świat już do ładu
dwaj nierozłączni fryzjerzy
zmęczony Wojciech Obieżyn
i Henryk Dziki de Skalp.
Miłość PC-ta do Macintosha
Obejrzałem ostatnio wzruszający film o wielkiej miłości, o miłości która łamie bariery międzykorporacyjne, której siła przezwycięża odwieczną waśń. Film o niewyobrażalnym mezaliansie, większym niż ten w “Trędowatej”, większym nawet niż te znane z bajek o Głupim Jasiu i Księżniczce. Film o odwzajemnionej miłości PC-ta do Macintosha. Po prostu “Romeo i Julia” na miarę naszych czasów.
PC-et zajmuje się w owym filmie przetwarzaniem śmieci (czyli robi to, co większość PC-tów zainstalowanych w biurach i urzędach) a Macintosh (rodzaju żeńskiego ale czyż ugryzione jabłko nie powinno być właśnie symbolem kobiecości?) zajmuje się poszukiwaniem życia (mam kilku kolegów pracujących na Mac’ach i oni też często zajmują się poszukiwaniem życia. A jeśli już nie życia, to przynajmniej środków do życia). PC-et jak to PC-et – trochę rzęzi i skrzypi, ale robi co do niego należy ustawiając gigantyczne wieże z przetworzonych śmieci. Macintosh natomiast fajowsko wygląda lecz wydajność pracy (1 roślinka na lifetime, w dodatku podsunięta przez PC-ta) ma mizerną.
Ale to przecież nie produkcyjniak tylko film o miłości. Różnica w wydajności nie przeszkadza naszym bohaterom nawiązać miłosnej więzi, choć z początku od tradycyjnie dobrze chłodzonego Macintosha wieje chłodem. W końcu jednak i pod jego gładką obudową zapalają się czerwone diody.
Tu następuje jednak zwrot akcji i Macintosh, po pokazaniu mu przez PC-ta hodowanej przez niego roślinki (nie macie pojęcia ile życia jest w nieodkurzanym PC-cie) zatrzaskuje ją (roślinkę) w sobie i przechodzi w standby, z którego nie daje się obudzić. Jeśli ktoś kiedyś próbował zmusić Macintosha do oddania mu lekko porysowanej płyty DVD po upadku systemu to wie o czym mówię – coś tam mruga, coś pulsuje ale ogólnie – umarło.
Zdarzenie to staje się punktem wyjścia do dalszych, zakończonych szczęśliwie przygód naszych bohaterów, w czasie których mamy okazję podziwiać niebywałą rekonfigurowalność PC-ta i możliwość wyposażenia go w urządzenia zewnętrzne (gaśnica) oraz design Macintosha. Następnie autorzy filmu, w pełnej zjadliwości scenie serwisowania pokazują, że trzeba nie mieć równo pod sufitem żeby trafić do autoryzowanego serwisu (owe zwariowane odkurzacze w poczekalni mówią same za siebie) przeciwstawiając mu samoserwisowanie się PC-ta przy pomocy części wyjętych ze śmietnika.
Finał jako się rzekło jest szczęśliwy co pozwala mieć nadzieję że przyszłość należy do komputerów które odziedziczą najlepsze cechy po tatusiu i po mamusi.
40 lat
Ponieważ, co tu ukrywać, moje 40-te urodziny zbliżają się wielkimi krokami Yeti, postanowiłem uczcić je piosenką. Tak. Jestem autocelebrytą a poza tym Zosią Samosią, więc sam sobie napisałem tekst, sam ukradłem muzykę Paulowi McCartney’owi (dzięki Paul!), sam (hm) zaśpiewałem i sam nakręciłem teledysk. Proszę zapiąć pasy – ruszamy w kolejne czterdziestolecie…
Mam czterdzieści lat
Chociaż mu głowa resztkami sił
trzyma jeszcze włos,
na dziesiąte piętro trzeba drania nieść
i nie wszystko może już jeść.
Kilku hormonów poziom we krwi
może troche spadł.
Jeszcze nie tetryk
lecz według metryk
ma czterdzieści lat.
Spośród potrzeb stu
jedna została mu:
osiem godzin snu.
Niby jest młodszy niż Tomasz Cruise
i Alain Delon,
jeszcze mu daleko do
pieluchomajt
i nie musi pić Coli Light.
Ale nierzadko
szybciej niż gość
wali się pod blat.
Choć jeszcze krewki
to nie przelewki
te czterdzieści lat.
Trzeba biegać i kąpiele z błota
co niedziela brać, i stosować krem.
Ograniczać dżem.
Żeby ciut tylko żywszym być
niż Stanisław Lem.
Nim ręka boska wyłączy prąd
i odetnie gaz
trzeba szaleć niczym
młody Tuhajbej
choćby klejąc włosy na klej.
Nim się kolejny ukruszy ząb
i urośnie zad –
wina i gejszy!
bo z dniem dzisiejszym
mam czterdzieści lat.
Majtki z gumką
Nawet najbardziej, zdawałoby się lekkie, holywoodzkie produkcje, są w stanie wzbudzić w człowieku głębokie refleksje. Takie właśnie głebokie refleksje natury ogólnej pojawiły się we mnie podczas oglądania filmu The Incredible Hulk. Film z pozoru jest błahy i czysto rozrywkowy, ale to tylko fasada, za którą kryją się sprytnie pytania o najstarsze i najbardziej pierwotne potrzeby człowieka.
W filmie owym, aktor Edward Norton wciela się w postać zaangażowanego (w pracę i uczuciowo) naukowca, który omalże u celu swych badań nad komórkami ludzkiego organizmu – decyduje się przeprowadzić końcowy eksperyment na samym sobie. Jeśli jesteście badaczami to wiecie jak to jest – człowiek chodzi i pyta, czy jeden z drugim nie poddałby się eksperymentowi a oni a to mają ważne spotkanie, a to żelazka nie wyłączyli, a to znowu odbierają pilny międzynarodowy telefon.
No to Bruce (bo tak wołali Nortona w tym filmie) sam siadł na tym, znanym z dziesiątków filmów o Frankensteinie, fotelu i prześliczna jak zwykle Liv Tyler w roli pani doktor, zaczęła mu świecić po oczach zielonym laserem.
Nie róbcie tego w domu. Wyrzućcie wszystkie zielone lasery. Bo oto nagle chudzinka Bruce zamienia się w sporego, nadmiernie umięśnionego, okropnie czymś wkurzonego i w dodatku zielonego Hulka i rzuca się na panią doktor (któż by się nie rzucił) a potem na całe laboratorium, demolując je doszczętnie i tłukąc probówki i retorty.
Tak zawiązuje się akcja filmu. W dalszy jej ciąg zamieszana jest oczywiście amerykańska armia (dzielni choć nieskuteczni chłopcy), supergrupa komandosów dostająca lanie od tytułowego bohatera, jeden hiperkomandos, który bardzo lubi swoją pracę oraz jeden generał. Oprócz tego oczywiście na ekranie kwitnie platoniczna miłość pomiędzy Nortonem a Tyler. Platoniczność owej miłości nie ma jednakże motywów ideologicznych, moralnych czy religijnych. Ot, okazuje się, że jak Nortonowi puls skacze do 200 na minutę to zamienia się w Hulka, co prowadzi do krępujących nieporozumień. W tej sytuacji jakakolwiek gra wstępna, przeradza się w końcówce w jeden z najbardziej krwawych leveli Quake’a, czego oboje kochankowie pragną rzecz jasna uniknąć (głównie z powodu wygórowanych rachunków za zniszczone mienie jakie potem wystawia hotel).
Ale ja właściwie nie o tym chciałem. Otóż film, jak wspominałem, pod głównym nurtem wydarzeń, ma zakopane skarby prawdziwie ważnych myśli o kondycji człowieka. Więc kiedy po raz kolejny, Edward Norton z mizerotki przemieniał się w trzymetrowego mięśniaka niszcząc kolejny komplet swojej odzieży (z wyjątkiem spodenek. Spodenki w jakiś sposób przeżywały) mnie nachodziły refleksje odrywające od bieżącej fabuły.
Bo w warstwie ukrytej, głównym bohaterem tego filmu są właśnie spodenki z gumką bohatersko wytrzymujące kolejne fazy yo-yo Edwarda “Hulka” Nortona. One to właśnie a nie amerykańska armia, stają za każdym razem na wysokości zadania (i przy okazji pasa Eda Nortona). One wreszcie tkwią na posterunku publicznej moralności, przy okazji skrywając mgłą tajemnicy wpływ zielonego lasera na pozawojskowe wyposażenie Hulka. One wreszcie promują oryginalne zestawienie kolorystyczne fioletu z zielenią (ponoć ma być modne w nadchodzącym sezonie).
I tylko jednego jest brak tym heroicznym spodenkom – kieszeni. Przez to właśnie główny bohater musi np. łykać pendrive’a kiedy chce go ze sobą w postaci Hulkowej zabrać (całe szczęście, że nie ma domu i jest permanentnie ścigany i namierzany przez CIA bo musiałby jeszcze łyknąć pęk kluczy z breloczkiem i złotą kartę VISA). W tym momencie przypomniał mi się jeden z odcinków Krecika, w którym ów szył sobie spodenki, koniecznie z dużymi kieszeniami (ech, Hulk vs Krecik – cóż to by był za film! Pojedynek dwóch najsłynniejszych par spodenek świata!).
Taaak. Kieszenie i wytrzymała gumka – to jest ten ideał, do którego zdąża nasza cywilizacja. Myślę, że w takich fioletowych spodenkach z odpowiednią ilością kieszeni, każdy z nas byłby niepokonany. Taka gumka, to wolność, równość i braterstwo (no braterstwo może niekoniecznie) w jednym. W każdym razie wolność przybierania w pasie i wolne ręce.
Na koniec ciekawostka. Dla tych, którym słowo Hulk kojarzy się z Hula-Gula, które z kolei kojarzy się z Zulu-Gula, autorzy filmu przygotowali dyskretne cameo. Otóż wspomniany, główny generał nazywa się Thaddeus Ross.
