KategoriaLiryka

Kaliban

K

Niebo noszę na sobie jak jutowy worek
tu, pod pękniętą ścianą z wyschłym dawno pająkiem
i liczę mokre gałęzie nieogolonych dębów
mam w kieszeni dwa sznurki i od wina korek.

Tam drzwi otwarte przeciągiem to tak jakby lokaj
pochylony, tam tylko skowronki i suknie
flakon bywa rozbity we właściwej chwili
tło zawsze odpowiednie i miłe dla oka.

Ja zawsze siedzę krzywo gdy myślę o Tobie
jak nazbyt duży worek oszukanych kości
tu pod pękniętą ścianą z wyschłym dawno pająkiem
strugam Ci łódkę z drzewa co pewnie zatonie.

Jak gdyby

J

Jak gdyby oczy przystanęły w marszu
z Estramadury na rozległe stepy
mrużąc się lekko na chłodniejsze wiatry
szczypiące nocą wyniosłe policzki

Jak gdyby usta wydęły się wtedy
i ułożyły w burtę zgrabnej łodzi
przemierzającej przestwór oceanu
nazbyt suchego dla jej gładkiej skóry

Jak gdyby potem uciekła na zachód
zamieszkać w kraju w którym wieczna mżawka
sprawia że błyski odległych galaktyk
widać wyłącznie w jej lśniących tęczówkach.

Ilustrowana dziewczyna

I

Opowiada o sobie nawet kiedy milczy
gdy przeciąga się, naga i obraca tyłem
jej skóra skrzy się bezwstydnie kwiatem i motylem
jasnoczerwonym rubinem oprawionym w pierścień.

Można ją wtedy czytać jak stubarwny komiks
obracając nerwowo, poślinionym palcem
czytać pod ciepłą kołdrą, nocą, przy latarce
o owocach i dżunglach – do ostatniej strony.

Im dokładniej ją czytać tym goręcej skrzy się
czarne światło w jej oczach, tym bardziej się zorzy
tęcza we włosach. Doprawdy – mógłbyś prawie przysiąc

że wszystko co tatuaż na skórze położył,
że wszystkie swe przygody, że całe swe życie
nosi na lewej stronie, jak barani kożuch.

Haut-Medoc

H

Czerwone wino pachnie dziewczyną
wystarczy zamknąć oczy
i kiedy świat się zakolebie
mocno powietrze wciągnąć w siebie
żeby i siebie i dziewczynę
zamroczyć

Wtedy w splątaniu rąk i głów
wpada się w filiipiński rów
i w przytuleniu skroń o skroń
osuwa razem w ciemną toń
do dna
po którym razem, w krok
idzie się w rytmie haut-medoc

Czerwone wino pachnie Tobą
wystarczy zamknąć oczy
językiem dotknąć krwistej tafli
żeby się znowu język zatlił
zapłonął okruch zwariowanej
nocy

Za oknem mróz i wiatr i mrok
a ja tu z tobą
haut-medoc

Głosy

G

Głosem co tlen w powietrzu pochłania jak płomień
nie dajesz mi odetchnąć, po czym każesz wzdychać
głosem cichym jak księżyc po ciemniejszej stronie

więc ja martwię się trochę i zaciskam dłonie
żeby zmarszczyć tę przestrzeń, by Cię było słychać
głosem co tlen w powietrzu pochłania jak płomień

więc wsłuchuję się w Ciebie, brzmiącą w telefonie
a eter jak ocean szumi nam i prycha
głosem cichym jak księżyc po ciemniejszej stronie

choć przecież Cię powinien przynosić w koronie
a we mnie skoro jesteś, winna śpiewać pycha
głosem co tlen w powietrzu pochłania jak płomień

Przyjmij więc tę gorączkę ku swojej obronie
niech za Ciebie mi walczy, niech za Ciebie kicha
głosem cichym jak księżyc po ciemniejszej stronie

żebyś mi wyzdrowiała, zasiadła na tronie
i na przemian kazała pić z Twego kielicha
głosem co tlen w powietrzu pochłania jak płomień
głosem cichym jak księżyc po ciemniejszej stronie

Gdybym była

G

Gdybym była rozczarowaniem
śmiechem nie w porę i smutkiem nad ranem
stanowczym tonem i stosem problemów
nie mów mi tego
nigdy nie mów

I gdybyś nagle poczuł że potrzask
tkwi w moich włosach i błyszczy mi w oczach
i gdybym nagle stała się naiwna
nie mów mi tego
wiem – jestem dziwna
nie będę słuchać
nie będę patrzeć
stanę się głucha
na zawsze

Zostaw mnie raczej.
Za me pragnienia,
za sny umarłe
paciorek zmów.
Zabierz ze sobą
to słowo ‘gdybym’

Proszę
bez słów

Gabaryty

G

Nagle bezdomne krzesła. Krzywa amerykanka
sprężyna co jeszcze wczoraj wbijała się pod żebro
mokną w ponurej mżawce od wtorkowego poranka
nad sawannami blatów
niebo

Krzesła są ślubnym prezentem. W szufladzie meblościanki
szeleści pożółkły talon – meblowy akt urodzenia
jest ślad po papierosie kochanka albo kochanki
innych znaków szczególnych
nie ma

Spóźnieni żałobnicy politurami pokryci
silnie zarysowani ale to tyle na temat
by nie blokować ruchu gabaryty z życia
odbierają we czwartki
na Bema.

Frania

F

Nie znajdziesz tam przeszłości. To wszystko
co sprało się z twoich ubrań, włosy, pot kochanków
plamy po późnej kawie i tej o poranku
zostało odwirowane i w tym wirze znikło

sama przecież sypałaś proszek do białego
dolewałaś vanisha więc pogódź się z faktem
że tego już tam nie ma. Że sporym nietaktem
jest myśleć że zostało choć cokolwiek z tego.

I nie odsuwaj pralki bo cię kopnie. Przestań.
Lepiej odkorkuj wino, połóż się na wznak
bo jak się odkorkuje to się wszystko przetka

a za tą starą pralką co najwyżej tak:
kurz, guzik i zagubiona różowa skarpetka,
pająk w którego oczach czytasz „what the fuck?!”

Ekfraza I

E

(William Dyce – Omnia Vanitas, 1848)

Odszedł. I co zostawił? Tylko swoją czaszkę
co pustym oczodołem ścianę mi przewierca
gdy siedzę w dezabilu i w łomocie serca
rozpatruję kolejną życiową poraszkę

Zabrał siebie, dom, auto i gumkę od sukni
a tu już idzie zima chłodną zawieruchą
od której mnie zawiało. Boli lewe ucho,
siedzę z czaszką, milczymy i jestesmy smutni.

A tak nam było dobrze. Robił dla mnie stójkę
(co mnie bardzo śmieszyło) codzień przed śniadaniem
aż kiedyś nazbyt mocną dałam mu w bok sójkę

więc spakował walizkę, dopchnął ją kolanem
a czaszce na odchodnym wyrwał górną dwójkę
złotą i też ją zabrał i odszedł w nieznane.

Dżinsy

D

Pod najlżejszym nawet pocałunkiem
naturalnie tak i bezwiednie
w ciemnej knajpie, w porze przedobiedniej
ty rozchylasz swoje uda. W sukni

pewnie siedziałabyś prosto. Kostki i kolana
zaciskając bezwiednie, obciągając palce
gotowa lecz niedostępna, owinięta w pancerz
niemal niedotykalna. Sama.

Lecz teraz mogę cię czytać, niczym niewidomy
samymi opuszkami. Przez stronice ud
odkrywając jak bardzo jest nieposkromiony

rytm twojego oddechu. Taki głód
że padłbym na kolana i długie eony
spędził z nosem w tej książce. Gdybym mógł.

Kategorie

Archiwum