AutorRafał Fagas

Star Trek dla opornych

S

Drodzy Oporni! Opór jest bezcelowy – oto z czeluści lat 60-tych wylatuje statek kosmiczny “Enterprise” – jedyna we wszechświecie konstrukcja złożona z latającego talerza, silnika odrzutowego i dwóch gigantycznych suszarek do włosów – oraz jego barwna i oryginalnie uczesana załoga. Z okazji obejrzenia przeze mnie wreszcie kilku filmów z serii Star Trek, postanowiłem sformułować  listę kilku spostrzeżeń, które pozwolą Wam się poczuć pewniej w świecie 23-go stulecia (to już niedługo):

  1. Rasy istot we wszechświecie różnią się zasadniczo jedynie poziomem fryzjerstwa męskiego i damskiego. Na planecie Vulcan strzygą tylko to co wystaje spod (prawdopodobnie rzymskiego) hełmu. Nomen omen na Romulusie, preferowaną fryzurą jest “na Myszkę Miki”, natomiast Klingoni nie strzygą się wcale – łysieją tylko od czoła co podobno jest oznaką dużej ilości hormonów męskich a tych Klingonom, włączając w to klingońskie kobiety, przecież nie brak.
  2. Każde trafienie jakie zalicza statek kosmiczny powoduje nieodmiennie, że w sterówce wszystko wybucha i iskrzy a załoga malowniczo sie przewraca (nawet jeśli siedziała). Mimo iskrzenia i wybuchania wszystko nadal działa a załoga nie nabija sobie guzów. Najwidoczniej pomieszczenie wyłożone jest czymś miękkim. Żeby astronauci nie wybijali sobie zębów o klamki, drzwi pozbawione są klamek.
  3. Kiedy jednak faktycznie coś się popsuje i sytuacja jest beznadziejna zawsze znajdzie się jakaś rada. Zazwyczaj ktoś przypomina sobie że należy: “odwrócić polaryzację kwantowego pierścienia antymaterii” lub “przełączyć wektor napięcia w atomowym promienniku aktywującym”, względnie “spiąć baterie mezonowe w laserowym bębnie rotacyjnym”. Każde wulkańskie dziecko o tym wie.
  4. Trzeba uważać z romulańskim piwkiem bo nieźle daje w beret.
  5. Mimo sporej załogi, akcje o charakterze bojowym przeprowadza zawsze sam kapitan, ewentualnie w towarzystwie pokładowego lekarza, nawigatora lub oficera naukowego (to ten od “podnoszenia poziomu w gluonowym adapterze strumienia protonowo-fotonowego”). Uzbrojeni strażnicy pojawiają się dopiero wtedy kiedy kapitan już się upora.
  6. Jeśli pojawią się wcześniej – zginą niechybnie. To może tłumaczyć ich niechęć do wychodzenia przed szereg.
  7. Kapitanowie floty Federacji są rekrutowani wyłącznie spośród osób o traumatycznych doświadczeniach damsko-męskich. Z tego powodu zakochują się raczej niechętnie a jeśli już to ich wybranka ma mniej więcej takie same szanse przeżycia jak dziewczyna Jamesa Bonda. Ewidentnie nie są dobrą partią.
  8. Nawigator nazywa się Czechow i wszyscy się z niego śmieją nie wiedząc, że śmieją się z samych siebie.
  9. Mimo wielu prób, nikomu nie udało się pozbyć Spocka. Spock jest jak bumerang i zawsze jakoś tam wraca. Zjawisko to można tłumaczyć faktem, że jest współproducentem filmu. Względnie reżyserem. A jak nie to chociaż pisze scenariusz. Live long and prosper! – jak mawiają na Vulkanie.
  10. Gdyby “zmiana cechowania turboneutronowego kondensatora hiperprzestrzeni” nie dawała pożądanego rezultatu zawsze można się cofnąć w czasie i wszystko odkręcić. Aż dziw, że ten pomysł nie jest szerzej wykorzystywany do rozwiązywania konfliktów w obrębie Federacji.
  11. Najdłuższym okresem w czasie służby kapitana bojowego statku Federacji jest jego przechodzenie na emeryturę.

Tak teraz patrzę i widzę, że mógłbym nazwać ten wpis w modny sposób: “11 rzeczy które powinieneś wiedzieć o Star Treku”. Ale oprę się tej pokusie, choć opór jak wiadomo – jest bezcelowy.

Kowboj z Teksasu

K

Pewien kowboj (podobno z Teksasu)
pragnął lasek ale nie miał czasu
więc jak Teksas Teksasem
chwytał sobie je lassem
i zaciągał na lassie do lasu

Ksiądz i 3D

K

W związku z niedawną beatyfikacją JP2 postanowiłem obejrzeć jakiś film religijny a że akurat wszedł na ekrany film o obiecującym tytule “Ksiądz 3D” pomyślałem sobie że zobaczę.

Rzecz się dzieje w przyszłości. W przyszłości jak się okazuje nikt nie pyta “gdzie jest krzyż” bo w zasadzie jest wszędzie. Niektórzy księża mają go nawet w formie czerwonego tatuażu na twarzy, co jest samo w sobie dobrym pomysłem na ograniczenie odpływu z zawodu. Ci z tatuażem to tacy księża z oddziałów specjalnych, takie ichniejsze “Odpuść Dei”. Z tym że nie walczą z szatanem ani nawet z heretykami tylko z wampirami. A konkretnie walczyli. Bo byli tacy dobrzy w tym walczeniu, że wszystkie wybili, resztę zagnali do rezerwatów i w ten sposób sami się, mówiąc slangiem HR-owców – zredukowali.

Mamy tu oczywiste odniesienie do kowbojów, którzy też byli za dobrzy i jak już część indian wybili a resztę zagnali do rezerwatów to też przestali być potrzebni. Zostali tylko szeryfi i ich zastępcy.

Ludzie w tej przyszłości żyją w otoczonych murami miastach (mury są żeby wampiry nie właziły) a w tych miastach, jak u nas – na każdym skrzyżowaniu kościół a co drugą ulicę – konfesjonał. Zredukowani księża palą w kotłowni albo wywożą śmieci więc konfesjonały są automatyczne. Wchodzisz, wysyłasz SMSa, dostajesz zdrowaśki do odmówienia i po sprawie. Poza tym, miasta wyglądają dokładnie tak samo jak to z “Blade Runnera”. Nawet ci sami buddyści przebiegają ulicami co jest o tyle dziwne, że miasto na pierwszy rzut oka – katolickie. Może zresztą dlatego przebiegają a nie idą spokojnie.

A oprócz miast są i wioski. Takie z Dzikiego Zachodu. Nawet szeryfa mają i ten szeryf dobrze strzela. Szeryf i młodociana Lucy (imię również typowo westernowe) mają się ku sobie. Ale pewnej nocy przez wiochę przelatuje sfora wampirów, które turbują tatusia Lucy, konsumują mamusię a samą Lucy zabierają czort wie gdzie. Biedny Szeryf, nie czując się kompetentnym w sprawie wampirów, udaje się do miasta i odszukuje tytułowego księdza, który jak się okazuje jest wujkiem porwanej. Ten z początku traktuje kowboja dość szorstko i bynajmniej nie wita go rubasznym “mów mi wuju!” ale po jakimś czasie, decyduje się porzucić ciepły kąt w kotłowni i wyruszyć na ratunek.

Księża nie jeżdżą w owych czasach żadnym tam Papamobile tylko takimi super-ekstra motocyklami turbo-nitro które wyciągają prawie 300 km/h. Na takich właśnie motorach ksiądz z szeryfem udają się w stronę zachodzącego słońca. Oczywiście zachodzące słońce w kontekście wampirów to nie koniecznie coś z czego człowiek powinien się cieszyć. Ale dla takiego superksiędza, uzbrojonego w ofensywny brewiarz i bojowy krucyfiks, kilka wygłodniałych wampirów nie tworzy większego problemu.

Trzeba tu również dodać, że wampiry tutejsze nie przypominają starego dobrego Draculi. Brak im zupełnie elegancji i postury, latają gołe, bezwłose i w dodatku nie mają hipnotyzujących roznegliżowane kobiety, oczu. W zasadzie w ogóle nie mają oczu i składają się głównie z zebów. Więc o ile walka z nimi może przebiegać na zasadzie “ząb za ząb” to już “oko za oko” w grę nie wchodzi. Dla księży, przyzwyczajonych do litery Pisma, musiał to być spory problem bojowy.

Acha, no i jeszcze jedno. Zamiast rozmnażać się poprzez gryzienie postronnych, wampiry w filmie rozmnażają się jak mrówki. W środku kopca mieszka królowa, składa takie jaja i z nich się nowe wampiry wylęgają. Ale oprócz tego gryzą też postronnych i pogryzieni zamieniają się w takie półwampiry. Z tym że udaje się to tylko wtedy kiedy wampiry gryzą ostrożnie bo w filmie zazwyczaj odgryzają głowę i wtedy o żadnej półwampiryzacji nie ma mowy. Być może sprytny chirurg mógłby jeszcze dokonać frankensteinizacji ale tego elementu do filmu, o dziwo nie wprowadzono.

Kiedy już zmotoryzowani ksiądz i szeryf wyruszają śladem uprowadzonej Lucy, akcja rozwija się na całego. Wszyscy gryzą wszystkich, fruwają bojowe krzyżyki, pastorały wbijają się pod żebro, ksiądz spotyka księdza płci żeńskiej (księdzniczkę?) z którą wcześniej romansował ale celibat ich rozdzielił, wychodzi na jaw, że tytułowy ksiądz ma dziecko ale zupełnie inaczej niż u nas, nie wychowują tego dziecka siostry tylko wychowywał go brat. Znaczy że ta Lucy to córka księdza i od tej pory szeryf nie mówi do niego “wuju” tylko “teściu”.

Na dokładkę okazuje się, że wszystkie wampiry wsiadły do pociągu i pojechały do dużego miasta, żeby sobie popić jak to przy piątku. I że Lucy pojechała razem z nimi. W ten sposób dochodzimy do kulminacji filmu, której Wam już, drodzy czytelnicy, nie zdradzę.

Zastanawia mnie w tym filmie tylko jedno: czy aby ktoś, kto potrafi produkować krew z wina nie powinien być dla wampirów raczej kontrahentem niż wrogiem? Czy nie rozwiązałoby to problemu karmienia ząbkujących wampirzątek? Niestety tego dylematu film nie tylko nie rozwija ale nawet, przezornie, nie dotyka.

Biuro jest puste

B

Biuro jest puste. Cicho. Kolega gdzieś sobie poszedł.
Z daleka głos jakiś dobiega. Taką godziną wczesną
najlepiej słychać wysokie oczekiwania co pełzną
w dół nieuchronnie, powoli, zupełnie jak oczko w pończosze

W takie styczniowe poranki sekundy wloką się sennie
i ciut za dużo się myśli i ciut za dużo się wie
i może się jeszcze nie jest na takim zupełnym dnie
ale choć trochę na szczycie pobyć by było przyjemnie

A tutaj kawa z dzbanka i zamiast aktów – akta
i dojmujący brak listów podanych na srebrnej tacy
nikt nie strzela z brauninga, nie wikła się z diabłem w pakta

stateczny tankowiec życia na jotę nie zbacza z trasy.
Więc cóż? Jedynym ratunkiem, nim żałość nam gardło zatka –
obciągnąć sukienkę, westchnąć i zabrać się znowu do pracy.

Teologia eksperymentalna

T

Teologia była zawsze nauką stricte teoretyczną. Teoretyczną a więc, co tu dużo mówić – nudną. To w końcu żadna frajda do końca życia pisać książki tylko na podstawie jednej księgi (choć oczywiście niebywale upraszcza to konstruowanie bibliografi) i nie móc (wzorem fizyków kwantowych) ogłaszać co i rusz swoich ekscytujących odkryć w ogólnoświatowych mediach. Władze jednego z uniwersytetów, chcąc w jakiś sposób uatrakcyjnić ten kierunek studiów uruchomiły niedawno katedrę Teologii Eksperymentalnej.

   Z dziekanem Teologii Eksperymentalnej, prof. zwycz. dr. hab. mgr. inż. lic. Tomaszem Retortą rozmawia nasz reporter:

R: Czy mógłby Pan opowiedzieć naszym czytelnikom czym zajmuje się Teologia Eksperymentalna?

T. Retorta: Oczywicie panie Redaktorze. Teologia Eksperymentalna, w odróżnieniu od Teologii Teoretycznej, zajmuje się badaniem istnienia i istoty Boga poprzez empiryczne eksperymenty. Postanowiliśmy potraktować klasyczną Teologię jako fundament teoretyczny i na jego podstawie nasi pracownicy naukowi opracowali szereg programów naukowych dzięki którym badać będziemy istnienie Boga oraz jego reakcję na bodźce.

R: Czy mógłby Pan podać jakiś przykład?

T. Retorta: Och nawet kilka! Na przykład Zespół Ofiar Całopalnych pod kierownictwem doktora Izaczyńskiego bada korelacje pomiędzy ilością, gatunkiem i palnością zwierzęcia a jego skutecznością w przebłagiwaniu za grzechy. Wybrany pracownik naukowy popełnia serię możliwie spektakularnych występków (na tyle spektakularnych aby pojawił się u niego mierzalny poziom wyrzutów sumienia) a potem reszta zespołu, paląc zwierzęta w różnych ilościach i obserwując spadki wyrzutów sumienia formułuje wnioski. Zespół ten może pochwalić już się kilkoma pracami naukowymi oraz jednym grantem z Unii Europejskiej (“Wykorzystanie odpadów z rzeźni do wstępnego rozgrzeszania ludności okolicznej jako rozwiązanie społecznych problemów powstających przy budowie spalarni śmieci”).  Pracujemy również nad teologicznym aspektem grilli ogródkowych.

R: Czyżby one również miały właściwości rozgrzeszające?

T. Retorta: Owszem ale w bardzo niewielkim stopniu. Zajmuje się tym u nas Zespół Mikrokonfesji. Z ich ostatnich badań wynika, że nawet dosyć duży grill na 10 osób jest w stanie rozgrzeszyć na maksymalnie 10-20 pikosodomów. Nie jest to dużo ale pracujemy nad projektem odpowiedniego wzmacniacza.

R: To bardzo ciekawe. A inne obszary badań?

T. Retorta: Bardzo spektakularne są prace prowadzone w Zespole Thorologicznym, zajmującym się wpływem popełnionych uczynków na prawdopodobieństwo trafienia piorunem.

R: Czy to nie ten zespół, w którym, jak informowała ostatnio prasa, doszło do pewnych nadużyć i naciągania wyników badań pod uprzednio sformułowane tezy?

T. Retorta: Niestety mieliśmy taki epizod. Doktorant Ignacy Przewodny osiągał niesamowicie dobre wyniki w ściąganiu piorunów już przy zupełnie niewielkich wykroczeniach przeciw publicznej moralności. Z jego prac wynikała prawie 80 procentowa korelacja pomiędzy uczynkiem a thorologiczną reakcją. Szykowała się naprawde duża publikacja w mediach, rozsyłaliśmy zaproszenia na konferencję prasową kiedy wyszło na jaw, że pan Przewodny w czasie badań nosił pod swetrem wypożyczoną z muzeum średniowieczną kolczugę połączoną izolowanym kablem z sandałami. To był dla nas i dla nauki ogromny cios.

R: Słyszałem, że mimo skandalu Ignacy Przewodny nie stracił pracy tylko został karnie przeniesiony do innego zespołu?

T. Retorta: Ciężko nam było tracić tak doświadczonego pracownika. Rynek pracy teologów eksperymentalnych jest niestety jeszcze bardzo płytki.  Dlatego przenieśliśmy Ignacego do Zespołu Eremitycznego. To taka grupa badająca efekty modlitw w środowisku izolowanym

R: Czyli pustelnicy?

T. Retorta: Owszem. Utworzyliśmy w górach specjalny ośrodek, żeby zapewnić im jak najlepszą izolację. W dzisiejszych czasach ciężko jest znaleźć dobre miejsce na pustelnię. Kilku naszych naukowców bada tam wpływ diety oraz długości brody na efektywność wysłuchiwania modłów. Niestety badania są bardzo kosztowne.

R: Wydawac by się mogło, że pustelnicy są dosyć tani w utrzymaniu?

T. Retorta: To popularny ale zupełnie nieprawdziwy pogląd. Już sam import suszonej szarańczy kosztuje nas krocie. Miód ostatnio również podrożał. No a dzierżawa tej olbrzymiej działki w górach po prostu nas wykańcza. Gdyby nie dofinansowanie z Unii musielibyśmy rozwiązać ten zespół. A byłoby szkoda bo ostatnio zaczął osiągać zupełnie niezłe rezultaty. Nie wiemy jeszcze czy to efekt diety czy tego że brody przekroczyły wartość krytyczną ale żona jednego z pustelników podobno wygrała ostatnio na loterii sportowy samochód. Mówi sie też, że widziano ją w nowym futrze. To już jest coś.

R: Jakie jeszcze badania prowadzone są na pana wydziale?

T. Retorta: Długo by mówić. Pracujemy równocześnie na wielu frontach. Mamy zespół zajmujący się problematyką rozmnażania żywności, współpracujemy w dużymi koncernami farmaceutycznymi w dziedzinie cudownych uzdrowień (są bardzo zainteresowani sprzedażą uzdrawiającej wody) a niedawno powołaliśmy eksperymentalny zespół do spraw wskrzeszeń i wniebowstąpień (niestety jeszcze nie przyniósł żadnych znaczących wyników. Póki co czekamy i co tydzień sprawdzamy trumny). To bardzo rozwojowa dziedzina nauki.

R: Pozostaje mi więc życzyć Państwu powodzenia. Dziękuję bardzo za wywiad. Mam nadzieję że niebawem usłyszymy o jakichś spektakularnych sukcesach.

T. Retorta: Powiem panu w sekrecie, że pracujemy nad wykorzystaniem Armageddonu jako alternatywnego, taniego i ekologicznego źródła energii ale chyba nie będziemy gotowi do 2012 roku. W każdym razie ja również dziękuję za okazane zainteresowanie.

Darmowe minuty

D

Obserwowanie zachowania przedstawicieli gatunku Homo Sapiens w sytuacjach ekstremalnych jest jednym z moich hobby. Lubię przyglądać się metamorfozie osób siadających za kierownicą samochodu, śledzić zachowania kolejkowe, towarzyszyć matce z dzieckiem kiedy życie konfrontuje ją z inną matką z dzieckiem i tym podobne. Nic jednak nie da się porównać z tym co dzieje się z człowiekiem kiedy tylko uda mu się zająć miejsce naprzeciw konsultanta w Salonie Operatora Telefonii Komórkowej.

Oto mężczyzna w sile wieku, prawdopodobnie ojciec rodziny (niewykluczone że wielodzietnej), który co piątek zasila razem ze szwagrem krajowy monopol spirytusowy solidną i stałą kwotą, popada w duchową rozterkę czy wybrać abonament droższy o pięć złotych żeby móc za to  bez ograniczeń rozmawiać z sąsiadką czy też raczej zachować te pięć złotych dla siebie bo w sumie sąsiadka ma skłonności do monologowania i to nie na temat. Po czym tkwi w niej (w rozterce a nie w sąsiadce) przez następne dziesięć minut aż do chwili kiedy konsultant wybije go z dylematu i wtrąci w czarną rozpacz proponując kilka dodatkowych opcji.

Mężczyzna rwie z głowy posiwiałe przedwcześnie włosy, konsultant tłumaczy korzyści i koszty, toczy się wewnętrzna, odwieczna walka między skąpstwem (zwanym w kręgach biznesowych gospodarnością) a epikureizmem. Skaczą cyfry, mnożą się możliwości, synapsy (ile ich tam kto ma) jarzą się od wysiłku. Mijają kolejne daremne minuty. Gęstniejąca za plecami kolejka oczekujących wzbiera niemym protestem…

A oto przy innym stanowisku zasiadła matka z nastoletnią córką. Matka, z wyglądu i deklaracji (“będzie na firmę”) bizneswoman. Córka – skrywająca włosy blond pod modną w tym sezonie czapką stylizowaną na krasnoludka Gapcia z disneyowskiej wersji Królewny Śnieżki. Konsultant już wie, że nie będzie łatwo. Przeczuwa to również czekająca za plecami obu pań kolejka (niektórzy nawet poddają się i wychodzą w gęstniejący za oknem salonu mrok). Rozpoczyna się walka.

I znowu skaczą liczby, marszczą się czoła, czółka i noski. Ogrzane od wysiłku powietrze unosi czapkę krasnoludka Gapcia na zasadzie balonu zwanego montgolfierą. Matka próbuje ogarnąć rzecz biznesowo ale wysiłek to daremny bo ilość opcji zdaje się przekraczać jej możliwości obliczeniowe. Mijają minuty. Noski i czółka są już pomarszczone tak, że wizyta w SPA zdaje się nieuchronna. Czapkę trzeba przytrzymywać żeby nie uleciała. Czy wziąć ten abonament z SMSami bo w sumie to córka dużo pisze czy taki elastyczny bo również dużo gada albo może wziąć ten z minutami i jakiś pakiet dokupić bo to na to samo wyjdzie tylko że jak przekroczy to wtedy będą dodatkowe koszty a tych kosztów to rozumie pan chcielibyśmy uniknąć więc jakby na przykład to połączyć i dodać taki jeszcze jeden pakiet ale to tylko na sześć miesięcy a potem trzeba będzie płacić więcej o trzy złote i żeby było wie pan na firmę to wtedy się VAT odliczy więc może jednak to nie będzie takie drogie a tak właściwie to jakie państwo macie telefony?

Wzmianka o telefonach gasi ostatnie płomyki nadziei tlące się jeszcze w ludziach czekających na swoją kolej. Bo oto konsultant zaczyna model po modelu wyjmować telefony z pudełek i prezentować obu paniom. I wie pan, żeby był taki mały, zgrabny ale miał pełną klawiaturę i aparat żeby miał taki z pięć megapikseli, o ten jest ładny ale nie ma pan w innym kolorze bo ten czarny to taki smutny i żeby nie był Ericcsson bo moja ciotka miała i jej się popsuł a ten po ile? A za złotówkę państwo takich nie macie? Straszna drożyzna, popatrz Jola a ten to taki jak miał ten, no, w tym serialu, straszny buc, nie tego nie weźmiemy to już raczej może ten poprzedni, może go pan jeszcze raz pokazać? No ale ten ma tylko 3 megapiksele, to nie, to może jednak lepiej ta Nokia, no już sama nie wiem, nie ma pan jeszcze jakichś innych? Ale żeby były za złotówkę!

W oczach osób stojących w rzednącej kolejce maluje się wtedy rozmarzenie. Wszyscy jak jeden mąż myślą – oooo niech no ja tylko dojdę do tej lady, niech no się rozsiądę, niech czapkę zdejmę i szalik rozchełstam, zobaczycie wszyscy. Zobaczycie!

Szalenie lubię gatunek Homo Sapiens. Mam jednak obawę, że konsultanci Salonów Operatorów Telefonii Komórkowej nie podzielają tej mojej sympatii. Nie mylę się prawda?

Shakespeare była kobietą!

S

Julie Taymor, którą uwielbiałem za jej ekranizację “Tytusa Andronikusa” Shakespear’a, przenosi ponoć (lub już przeniosła) na ekran shakespear’owską “Burzę”. Wiadomość ta ucieszyła mnie zrazu ogromnie (bo “Burzę” lubię szczególnie) ale radość moją przyćmiła dołączona do wiadomości informacja, że w ramach (jak rozumiem) parytetu, reżyserka postanowiła zmienić płeć Prospera i uczyniła z niego Prosperę.

Pospiesznie sprawdziłem czy w obsadzie występują również Kalibana i Ariela ale na szczęście tym razem udało im się zachować oryginalną płeć. Obawiam się jednak czy w związku z nadmierną ilością kobiet, które chciałyby zostać aktorkami (zwłaszcza w Hollywood) i pewnym niedoborem zdolnych mężczyzn w tym zawodzie (nie wiem jak Wy ale ja wszędzie widzę tylko Szyca, mlodego Stuhra i Więckiewicza. No i Adamczyka) trend zapoczątkowany przez Julie Taymor nie stanie się obowiązujący.

W związku z feminizacją dziesiątej muzy, przyjdzie nam zatem doświadczać wielu jeszcze adaptacji literatury klasycznej, w których ten i ów okaże się być tą i ową. Aby być na tę zmianę przygotowanym postanowiłem opracować kilka szkiców możliwych genderowych remake’ów:

Siedem wspaniałych – Siedem finalistek konkursu “Miss America”, w swoim tournee odwiedza niewielkie miasteczko na zachodzie Stanów Zjednoczonych. Mieszkanki miasteczka, podczas ploteczek wyznają im, że żyją w ciągłym strachu przed bandą bezlitosnej Calvery, która co jakiś czas najeżdża miasto i zabiera im jedwabne pończochy. Wstrząśnięte okrucieństwem Calvery, finalistki przygotowują się do obrony miasta, przygotowując m.in. pończochy-pułapki…

Rambo – Jennifer Rambo, po rozwodzie ze skąpym i niewiernym Ricardo, udaje się w długą podróż po krajach dalekiego wschodu. Kiedy powraca do rodzinnej Wirginii, nie potrafi na powrót przystosować  się do małomiasteczkowych realiów. Otwiera w mieście salon wietnamskiego masażu ale skorumpowana szeryfa żąda od niej haraczu. W rezultacie Jennifer wstępuje na wojenną ścieżkę i podstępnie podmienia szeryfie lakier do włosów na gumę arabską. Oskarżona o sprzyjanie islamskim terrorystom Jennifer ucieka z miasta i obmyśla zemstę…

Władczyni Pierścienia – młoda hobbitka Froda, udaje się z kilkoma koleżankami oraz wiedźmą Gandalfą, w najeżoną niebezpieczeństwami podróż mającą na celu zniszczenie magicznego pierścionka z błekitnym oczkiem. Pierścionek ten był kiedyś własnością okrutnej matrony Saurony, która teraz pragnie go za wszelką cenę odzyskać jako że był to prezent zaręczynowy od pięknego księcia, który teraz ma jej za złe fakt, że go zgubiła i uzywa tego argumentu do przesuwania daty ślubu. W drodze nasze bohaterki spotykają wysportowaną Aragornę, która pokazuje im kilka skutecznych ćwiczeń na zgrabne uda. Spędzają również noc w zamku królowej elfów, gdzie zaopatrują się w nowe, podróżne suknie. Nie wiedzą, że ich tropem podąża złowieszcza Golluma, pożądająca pierścionka jako ostatniej szansy na zamążpójście. Czy uda im się pokonać wrodzoną skłonność do biżuterii i zniszczyć pierścionek?

Quo vadis? – młoda rzymianka Winnie ma problem z mężem Neronem, który zaczął wychodzić wieczorami i nie chce jej powiedzieć dokąd własciwie chodzi. Konflikt w małżeństwie narasta i znajduje apogeum kiedy Winnie pewnego wieczora przypala pieczeń po rzymsku. Wściekły Neron opuszcza dom i znajduje pracę w cyrku jako treser dzikich zwierząt. Winnie próbuje popełnić samobójstwo ale zamiast odkręcić kurki z gazem, odkęca omyłkowo kurki z wodą i tylko zalewa sąsiadów. Sytuację ratuje doświadczony hydraulik Piotr.

Słabość

S

W takich chwilach jak ta
mojej ręki
nie stać na najlżejszy gest
kiedy nie ma Twej dłoni miękkiej
a puste miejsce
jest

i wszystko właściwie wiadomo
lecz z rzetelności dziennikarskiej
dodam że ręka leży poziomo
i śni
Twoje białe nadgarstki

I kiedy myślę o wszystkich twych cudach
zawsze ktoś dzwoni, do drzwi się kolebię
okiem ciekawym spoglądam przez judasz
To przyszła Słabość
moja słabość do Ciebie

W takich chwilach jak ta
mój policzek
poległ zupełnie bez tchu
bez tych twoich niedługich spódniczek
i nóg do samych
stóp

I właściwie wszystko wiadomo
lecz w poczuciu społecznej troski
wiedz że policzek leży poziomo
i śni
Twoje smukłe kostki

Więcej

W

“Czy ma pan tego więcej?” – Nie
ale będę miał jutro, będę miał za chwilę
gdy tylko ulicą przejedzie następny czerwony samochód
albo pod oknem przejdzie łysy w okularach.
Bo póki mnie nie zabije kolejna mocna herbata
pita porankiem na czczo, więcej jest na pustych
rewersach stron co płyną z podajnika drukarki
na starych wyblakłych rachunkach po dawno zjedzonych rzeczach
więcej jest, więcej będzie, więcej zaraz wracam
wpatrzone w brudną kałużę, szczerzące się do śmietników
odgadujące zdania spisane sieciami drutów
ponad wąwozem ulicy. Więcej się zagoi
zrośnie się, samonaprawi, więc proszę nie regulować
więc proszę cię bądź ze mną, więcej jest w rozkładzie
i chociaż opóźnienie może ulec zmianie
nie ulegaj wrażeniu że nie ma już więcej.

Noc. Uchyliłem okno. Uchyliłem wyroki
i wpadło mi do pokoju, pod stopy, trzepoczące
trzymam je teraz w czapce i poję herbatą
po mnie ma profil nosa a oczy po tobie.

Pod ścianą

P

Ujęcie jak z thrillera: ona, ściana i cień
i nie wiadomo co teraz. Lecz ona potrafi chodzić
po ścianach równie łatwo jak inni chodzą po wodzie
jedna rysa wystarczy i znika wysoko hen.

Ujęcie jak ze snu: ona i ślepy kąt
ona i gruby mur. Lecz ona potrafi przechodzić
przez ściany z takim wdziękiem, że budzi to dreszcz i podziw
dotyka spojenia cegieł i już jest daleko stąd.

Wielokroć oglądałem jej strachem wznoszone piersi
kiedy mój cień na murze odprawiał złowieszczy tan
kiedy dźwięczały w mych dłoniach złowróżbne nożyce tercyn

lecz zawsze gdy jestem u celu, kiedy za chwilę mam
zgwałcić ją a zgwałconą pokornie ułożyć w wersy
ucieka mi wzwyż i na wylot, nieziemska Pani Ścian.

Kategorie

Archiwum