AutorRafał Fagas

Gubernator stanu Arkansas

G

Gubernator stanu Arkansas
rzekł do żony: “Ty nigdy nie zdanzas!”
Juz pses ciebie seplenię
z nerwów psed psemówieniem
wpadam w sał i niezadko tez w trans az!”

Japońska legalistka

J

Pewna japońska legalistka
od panów wymagała świstka
inaczej – nici
precz od kibici
a buzi tylko na pół gwizdka

Hrabina z Almansy

H

Niedostępna hrabina z Almansy
Nie dawała nikomu szansy
Choć podobno (tak piszą)
Skusił ją raz Don Kiszot
W towarzystwie konia i S. Pansy.

Kolęda 2014

K

Z białym fartuchem, z kredą za uchem
Z okiem przeżartym blaskiem gwiazd
Sunąc po galaktycznych mapach
swym przeciwstawnym, brudnym kciukiem
Znajdziemy was

Myśmy potopo- są -odporni
A nasze mury zbrojne w stal
Chociaż nas toczy grzyb i robak
Pójdziemy po was tak czy owak
W najdalszą dal

Niesiemy w palcach ostre jak lancet
Na gruzach Babel przekute słowa
Nie zasypiajcie dzisiaj na warcie
Anieli pańscy
Idziemy po was

Już policzona trajektoria
Skreślony przyspieszony ruch
Kiedy już wasze dni przeminą
Wspomnimy o was pod pierzyną
Anieli pańscy
Rozbici w puch

Dziwaczne kulinarne sny

D

Miałem dziś dziwacznie kulinarne sny
w jakiejś ogromnej kuchni, pustej i wysokiej
z nocą powstrzymywaną przez ciemne przestrzenie okien
i dębowymi stołami. I byłaś tam Ty

ale jeszcze lekko bezcielesna, bardziej pomysł, idea nie człowiek
gdy kroiłem cebulę na paski, wydzierałem serca paprykom
zaczynały błądzić moje myśli, jakby znikąd
ktoś malował mi obrazy pod ciemnymi zasłonami powiek.

Przyrządzanie stało się żądzą i niestałe
stały się smaki i barwy z nieodkrytych zakamarków świata
a nóż brzęczał hipnotycznym chorałem

a świt szary zaczął chodzić po dachach.
To w jego bladym świetle podświadomie szukałem
śladów Twoich paznokci na rozległych dębowych blatach.

Teoria strun

T

Spoglądając z tarasu na morze stary Rigoberto
znajduje imię Lukrecji. Jej imię to Fala
imię co się wypiętrza na obcasach wiatru
tylko po to by upaść w szmaragdową otchłań
jedynie z tego powodu żeby po ławicach
wspinać się dumnie do słońca z uniesioną głową.

Szczęśliwy Rigoberto zlizuje słonawe
krople kudłatej nadchodzącej burzy
palcem na balustradzie zapisuje wzory
na głos Lukrecji, drżenie lutowym wieczorem
rytm chrapliwych oddechów i na zamaszyste
amplitudy orgazmu, na trzepoty powiek
na falowanie bioder gdy idzie ulicą
z koronkowym wachlarzem
z małym wiatrem w dłoni

I teraz myśli sobie – Lukrecja to bozon
kiedy idzie przez miasto jest jak zakłócenie
codziennego porządku – krawcy się kaleczą
trzymaną w ręku igłą, piekarze ssą palce
a młot kowala chybia dłoni o milimetr
gdy Lukrecja opędza się od natrętnego
powietrza co ośmiela się stawiać jej opór.

Wreszcie wie czemu czasem w czerwonawym świetle
wieczoru przypomina mu rzeźbioną harfę
o równo ułożonych wystrojonych nutach
błyszczących o zachodzie jak kolekcja noży.

Obywatel Żor

O

Szanowany obywatel Żor
nie zaciągał w swoich oknach stor
przez co złapał go raz paparazzi
na zabawach sprośnych przy kolacji.
W rolach głównych: ogórek i por.

Niecywilizowana kolęda

N

Zapalmy sobie żyrafę niech błyszczy w cichą noc
Połóżmy pod nią prezenty, owińmy się ciasno w koc
A zamiast bombek (bo drogie) przystrójmy zwierzęcia łaty
W o wiele poręczniejsze i tańsze zaczepne granaty

Płoń nam żyrafo przez święta
Hej luli luli kolęda
Niech ciepło co bije z twych szuflad
Ogrzewa komory serc
Hej luli luli
Bęc

Siądźmy wokóło żyrafy strzelają jasne skry
Już dziadek co przysnął zbyt blisko się nostalgicznie tli
I mruczac pod nosem kolędy płynie przez wspomnień dymy
Gdy w naszyjnikach z czaszek wesoło wokóło tańczymy

Płoń nam żyrafo przez święta
Hej luli luli kolęda
Niech ciepło co bije z twych szuflad
Ogrzewa komory serc
Hej luli luli
Bęc

Zapalmy sobie żyrafę niech płonie całą noc
Ustawmy pod nią stajenkę, niechaj nasz czuły nos
Raduje się oczekując – taki jest świąt tych sens
Na ten świeżutki pachnący jakże świąteczny kęs mięs

Żyrafaros

Ż

Istnienie każdej żyrafy ma początek i koniec podobne
Dni na sawannie się dłużą i nawet dawanie w szyję
Z pewnym znajomym szympansem nie daje poczucia że żyjesz
Trzeba się w życiu czymś zająć. To ja zajęłam się ogniem.

Tak hobbistycznie po pracy ale płomień wtedy strzela z szuflad
A dym mój leci wysoko. I kiedy z hipopotamem
Siedzimy przy wódeczce to zdarza się nieraz nad ranem
Że nagle się czuję spełniona – nie tak jak zwykle – pusta.

Niczym latarnia morska pośród bezkresu łąk
Unoszę nad niskie drzewa dymiącą kosmatą głowę
I widzę rzeczy piękniejsze niżli w istocie są

I zagubionym na stepie wielbłądom wskazuję drogę:
Masz szyję – wyciągaj ją w górę, nie żyj przy ziemi – to błąd
Unikaj straży pożarnej. Płoń kiedy możesz. To zdrowe.

Prometeusz wajchę przełóż

P

Trochę mnie tu nie było jak widzę, patrząc na datę ostatniego wpisu. Poświęcałem się szeroko pojętemu pracoholizmowi, który na szczęście trochę odpuścił więc poszedłem do kina i to nie na jakieś odgrzewane kotlety jak zwykle tylko na film funkel nówka nieśmigany czyli “Prometeusza”.

Tu od razu ostrzeżenie – jeśli ktoś nie widział a chce zobaczyć to niech teraz przestanie czytać i doczyta potem bo zamierzam spoilerować na potęgę i powiedzieć kto zabił.

“Prometeusz” to taki film, o którym jego reżyser mówi że to nie prequel “Obcego” i w zasadzie powinni na początku wyświetlić planszę, że podobieństwo wszystkich osób, miejsc, nazwisk  i potworów jest zupełnie przypadkowe i niezamierzone. Oczywiście i tak nikt by nie uwierzył, bo do “Obcego” odwołuje się tu wszystko począwszy od sposobu pojawienia się napisu tytułowego a skończywszy na tym, że i w tym przypadku, aktorka grająca główną rolę żeńską ma dziwne imię.

Ale co najważniejsze – “Prometeusz”, wbrew temu co piszą o nim krytycy jest w istocie filmem o problemach alkoholowych na przestrzeni wieków oraz na przestrzeni przestrzeni kosmicznej. A mit prometejski został tu przywołany tylko poprzez skojarzenie z wątrobą.

No więc ciach, ciach, napisy, planeta, ładne widoczki nieskażonej ludzką działalnością natury, wodospadzik jakiś a nad wodospadem latający spodek sobie wisi jak gdyby nigdy nic. A któż to idzie sobie koło wodospadu? Na pierwszy rzut oka – Obi Wan Kenobi w kapturze. Ale zaraz zrzuca kaptur a potem (uwaga panie!) resztę przyodziewku i zostaje tylko w takim białym bandażu, na którym jak rozumiem zawisła kategoria R tego filmu. No i okazuje się, że to nie Obi Wan tylko taki przystojny, umięśniony, łysy facet o rysach wybitnie greckich po czym poznajemy, że to pewnie tytułowy Prometeusz. Prometeusz wyciąga kubek z plecaka, patrzy przez chwilę na jego wijącą się zawartość i widocznie stwierdziwszy, że soczek już stosownie sfermentował – wypija go jednym haustem odrzucając głowę w tył jak rasowy słowianin.

Napój jednak okazał się zbyt mocny bo Prometeusza skręciło, przepaliło na wylot, zwaliło z nóg, w rezultacie czego spadł do wodospadu i rozpadł się na DNA. Pić to trzeba umieć jednak. W tym samym czasie latający spodek startuje i odlatuje w kosmos. Najwidoczniej na pokładzie również trwa alkoholowa impreza bo spodek odlatuje pionowo.

Rozumiemy stąd (bośmy przecież inteligentni) że oto życie zostało zasiane na naszej planecie, w którym to wrażeniu utwierdzają nas obrazy dzielących się radośnie komórek i skręcających wesoło dezoksyrybonukleinowych helis.

Po czym jest już rok pański 2089 i dwoje młodych, dobrze zapowiadających się archeologów o imionach Elisabeth oraz Charlie, którzy znajdują w jaskini malowidło sprzed 35 tysięcy lat bezpańskich. Na malowidle owym dostrzegają postać wskazującą gwiazdozbiór, który wcześniej widzieli już na innych, równie starych malowidłach. Z czego wysnuwają wniosek, że tam własnie, w tym gwiazdozbiorze, należy poszukiwać źródeł życia na Ziemi. Cudowny ów zbieg okoliczności niczym jest wobec innego cudu – ktoś daje im trylion dolarów na to, żeby sobie tam polecieli i sprawdzili.

A ten ktoś to pan o nazwisku Weyland (zupełnie przypadkowo podobnym do nazwiska Weyland z “Obcego”), który daje im statek kosmiczny, załogę, pół królestwa w gotówce oraz obie ręce swojej córki w roli szefa wyprawy. Lecą tam ponad dwa lata, każdy w swojej własnej lodówce i po obudzeniu wszyscy mają kłopoty z żołądkiem z wyjątkiem owej córki, która zamiast wymiotować jak wszyscy – robi pompki w stroju złożonym, a jakże, z dwóch białych bandaży.

Lądują na księżycu jednej z planet jednej z gwiazd namalowanych na ścianie jaskini (prawdopodobnie na skutek kaprysu, bo nie wiemy czemu akurat tam) i to lądują tak szczęśliwie, że od razu trafiają w samo sedno czyli w bezpośrednie sąsiedztwo obcych budowli, co jest wyjątkowym fuksiarstwem. No ale kapitan statku jest murzynem o imieniu Janek a wiemy, że jak jakiś Janek dajmy na to prowadzi czołg to nie takie cuda się potrafią dziać.

Lądują i wszyscy hurrraaaa! – wskakują do łazików i dalejże penetrować znalezisko. Bez broni (a potem nawet bez kasków) łażą po zabudowaniach obcej cywilizacji, dotykają wszystkiego i naciskają wszystkie możliwe guziki jakie tylko znajdą ani przez chwilę nie zastanawiając się czy nie jest to detonator albo wezwanie straży pożarnej.

A w naciskaniu prowadzi niejaki David, który jest robotem, z oszczędności (przy kręceniu filmu) nieodróżnialnym od człowieka. Ten co tylko zobaczy to naciska. I to naciska tak, że zawsze mu wszystko działa, odpalają się jakieś filmiki, na których widać kosmitów (w 3D), otwierają się drzwi, no wszystko gra śpiewa i buczy. Oglądają te filmiki i znajdują jeden, na którym kosmicie drzwi głowę przytrzasnęły, pewnie też po pijaku. Idą pod te drzwi, Dawid oczywiście je otwiera i oto tadaaam – znajdują salę a w sali ogromna rzeźba prawie ludzkiej głowy i masa słoików. No i ta odcięta kosmicia głowa też tam była. Zupełnie niezamierzenie przypominała zresztą głowę tego martwego kosmity z “Obcego” (tego z taką jakby trąbką i rozwaloną klatką piersiową). A tu przez radio zapowiedzieli burzę, więc każdy łap co było pod ręką – pani naukowiec Elisabeth łapnęła głowę, Dawid zakosił jeden słoik i w nogi.

Z przygodami dojechali do statku i każdy się zaszył w kąciku i dalejże badać znaleziska. Głowa okazała się być w kasku więc Elisabeth ją wyłuskała i okazało się, że w kasku był taki wypisz wymaluj Prometeusz jak ten pijany z samego początku. Ela zaczęła coś przy nim grzebać, włożyła mu do ucha termometr i wtedy głowa zaczęła puchnąć a potem pękła z hukiem. Co potwierdza przypuszczenie, że właściciel głowy zginął pod wpływem solidnej dawki alkoholu i to alkoholu kiepskiego bo tylko po takim głowa może pękać aż tak spektakularnie. Tknięta podejrzeniem, że owa skłonność do pijatyki może wskazywac na wspólne pochodzenie, Elisabeth bada DNA tego co zostało z łba i wychodzi jej, że DNA jest identyczne z naturalnym czyli z naszym. Z czego się bardzo cieszy, bo to znaczy że ten tryliard dolców jednak nie poszedł w błoto.

A tymczasem Dawid dobrał się do słoika jak do konfitur. W słoiku była taka czarna maź (pewnie z jagód) i android, realizując jakiś najwyraźniej diaboliczny plan wlał naukowcowi Charliemu kropelkę tego jagodowego soku do szampana, którym ów świętował odkrycie (nie sposób tu nie wspomnieć, że Dawid był jedynym niepijącym na pokładzie co czyniło go podejrzanym od samego początku). A Charlie w ramach świętowania popił i poszedł odwiedzić Elę. Przyniósł kwiatka no i w rezultacie skończyli w łóżku. Rano Charlie wstaje, zmachany, idzie do lustra i patrzy że oczy ma całe przekrwione. No daliśmy czadu – myśli sobie i patrzy bliżej a tu nagle coś mu ze źrenicy tak wylazło, rozejrzało się i schowało. Nic to – pomyślał – pewnie kurwiki – i poszedł szukać czegoś na kaca.

A Elisabeth była katoliczką i nosiła na szyi krzyżyk, który co i raz ktoś jej chciał zdjąć. A to że go kłuje albo że może być zakażony albo inne takie. Elisabeth co prawda nie była w kościele od ponad dwóch lat ale krzyżyka sobie pilnowała. Potrafiła na obcej planecie latać bez kasku ale z krzyżykiem. A jak się raz obudziła to zakrzyknęła: “Gdzie jest krzyżyk!” – i od razu zrobiło się swojsko.

Rano wszyscy znowu pojechali do wykopalisk no i zaczęło się. Dwóch kolesi co tam zostało na noc, bo nie zdążyli przed burzą, znaleźli w stanie nie nadającym się do pochówku a Charlie doszedł do wniosku, że to chyba jednak nie kurwiki, pozieleniał na twarzy i ewidentnie przechodził proces zzombienia. Skończyło się to akcją ratunkową, dość nieudaną bo córka Weylanda nie wpuściła zombie na pokład ale w ramach czystości gatunkowej potraktowała go miotaczem ognia. Taka nowoczesna wersja “Dziewczynki z zapałkami”.

No i jak to w piosence – Oooo! Ela! Straciłaś przyjaciela! – a w dodatku Eli na badaniach wyszło, że jest w ciąży. Pewnie ze ś.p. Charliem po pijaku zaszła ale z nim to nomen omen obcowała kilka godzin temu a Dawid (który pełnił rolę pokładowego ginekologa) mówi że wygląda mu to na trzeci miesiąc i że, hm, można powiedzieć że potencjalny potomek ma dość pokaźną wadę genetyczną. Polegającą na tym, że ma inny genotyp w zasadzie. Oraz macki. I że ze względu na przekonania ten typ androida nie wykonuje niestety zabiegów aborcji.

Tu nastąpił krótki (około półsekundowy) konflikt sumienia u pani naukowiec, która mimo noszenia krzyżyka postanowiła jednak nie donosić ciąży i wbrew nauczaniu kościoła i androidów poleciała do takiego automatu na pokładzie, który co prawda też nie robił aborcji ale miał za to program “usuwanie ciała obcego”. Anglik by powiedział: “How convenient”!

Aborcja odbyła się (a jakże) w stroju z dwóch białych bandaży. Ela samoobsługowo walnęła sobie kilka zastrzyków, wlazła do automatu, odpaliła program (a w międzyczasie nienarodzone dziecię zaczęło się intensywnie rodzić) i automat wykonał rodzaj carskiego cięcia z wyjęciem dziecięcia włącznie. Dziecko nie było podobne do mamy ani do taty. Miało kilka macek i przypominało ośmiornicę. Automat zszywkami pozszywał panią naukowiec a zrobił to tak udatnie, że wspomniana w sekundę po zabiegu uciekła z automatu i jeszcze zdążyła wcisnąć guzik, żeby ukatrupić ośmiorniczkę.

No i potem to się działo i działo. Dawid znalazł jednego żywego Prometeusza (rasę tę nazywano w filmie nie wiadomo czemu Inżynierami) i ze staruszkiem Weylandem (który jak się okazało też przyleciał w takim hibernatorze ukrytym w komórce) poszli go obudzić, żeby mu zadać parę kłopotliwych pytań. Ale wiecie jak to jest jak się budzi inżyniera. Wkurzył się, urwał Dawidowi głowę, przyłożył śmiertelnie Weylandowi po czym odpalił statek kosmiczny, który miał w zanadrzu, i dalejże z tą całą śmiercionośną spiżarką pełną jagodowych słoików startować w kierunku Ziemi (też za bardzo nie wiadomo dlaczego akurat na Ziemię).

No ale co w takiej sytuacji robi nasz pancerny Janek? Otóż bohatersko startuje i taranuje owego gburowatego Inżyniera i to tak udatnie, że jego latający obwarzanek spada, toczy się jeszcze przez chwilę po czym definitywnie jest rozbity. W czasie toczenia się, Ela oraz córka Weylanda uciekają po gruncie według najlepszych zajęczych wzorów, tzn zamiast biec w bok, lecą do przodu. Co niestety kończy ród Weylandów w dość gwałtowny i wizualnie nieatrakcyjny sposób.

Ale Ela przeżywa i wraca do kapsuły, którą Jankowi udało się przed samobójczym rajdem wystrzelić. Ku jej zdziwieniu kapsułę zajmuje jednak jej dosyć udane nienarodzone dziecko z mackami, które w międzyczasie sporo przybrało na wadze. Niestety zamiast chwalić się na forach jak to jej bobo urosło, pani naukowiec przemyśliwa jak by tu się dzieciaka definitywnie pozbyć. Nagle drzwi śluzy się wyginają i wpada wkurzony Inżynier. Rzuca się na bezbronną, która jednak resztką sił otwiera drzwi, za którymi przebywał bobasek i bobasek ma pierwszą w życiu szansę zjeść coś solidnego. Aż mu się macki trzęsą z uciechy.

Natomiast zrozpaczona Ela kładzie się na płask i chce umrzeć bo straciła wszelką nadzieję (a pewnie jest i w depresji poporodowej). Chęć ową przerywa jej głos głowy Dawida, która urwana leżała sobie na podłodze i zaproponowała, żeby Ela wpadła i ją podniosła bo co ma tu tak leżeć i się kurzyć skoro zna sposób jak uruchomić i posterować innym statkiem Inżynierów, których zauważył jeszcze kilka w pobliżu. Pani naukowiec myśli sobie – co dwie głowy to nie jedna – niczym biblijna Judyta bierze główkę Dawida, pakuje (jak do kobieta) do torebki i po chwili widać jak statek odlatuje, unosząc ich oboje, tfu!, ich 1,25, w kosmos na poszukiwanie ojczystej planety Prometeuszy.

Poziom spaprania tego filmu jako kontynuatora legendy “Obcego” jest porównywalny do poziomu “Mrocznego widma”. Kosztowna ekspedycja naukowa zachowuje się jak banda idiotów, wszystkie wnętrza i pojazdy błyszczą nowością i wyglądają na nóweczki (w “Obcym” wszystko było wiarygodnie podniszczone) a najlepszy poziom sztuki aktorskiej prezentuje android. Co jest chyba trendem w filmach amerykańskich od czasu kiedy Andy Serkis zagrał Golluma. W dodatku sequel prequela (“Przygody Eli oraz głowy androida w krainie Inżynierów”) wydaje się nieunikniony.  No i gdybym był H.R Gigerem to bym umarł, choćby po to żeby móc obracać się w grobie.

Kategorie

Archiwum