Czarnooka dama z Tunisu
mówiła turyście – weź się przysuń
bo wieczór taki ciekawy
ale wracając do sprawy –
co mówiłeś o tym futrze z lisów?
Prządka z Gołdapi
Energicznej prządce z Gołdapi
co uprzędła to wychodził tapir
(nie w sensie fryzura lecz zwierzę)
nie wiadomo czemu ją to bierze
ale nie chce się poddać terapii
Pani z Dolnej Luizjany
Pewna pani z Dolnej Luizjany
pośród liany polowała na Tarzany
co i rusz jakąś lekko
podcinając żyletką
nucąc “z nieba spadłeś mi – o mój kochany…”
Pani z Malmo
Pewna pani z miasta Malmo
szafowała wdziękami za darmo
pasował jej i eskimos
i paczka chińczyków na wynos –
nawet murzyn (byle z własną palmą)
Pani z Teneryfy
Pewna pani z Teneryfy
nie lubiła chodzić na manify
wolała rozrywki proste
ot podejść pod jakąś jednostkę
i zdobywać oficerskie szlify
Śmietnik
Przedmioty leżące na śmietniku. Ta nagłość ich występowania, ten śmietnikowy chaos – serie nieustannych zaskoczeń, pozornie abstrakcyjne zestawienia i szokujące metafory. Bo z leżącego na boku buta wydaje się wystawać jeszcze noga w brudnej skarpetce, porzucone drzwi jakby dopiero co zadrżały pod wściekłym trzaśnięciem nastolatki a za rozbitym telewizorem snują się jeszcze duchy ostatnich telewidzów – Oglądającego Mecz i Chcącej Przełączyć na Inny Kanał.
Ich nogi, ręce i usta trzepoczą mgliście nad tym plastikowym chaosem. Ich palce miażdżą kubki i butelki, ich języki niedolizują resztek kefiru.
Śmietnik jest ciągle jeszcze ciepły.
Pani z Koluszek
Pewna pani z miasta Koluszki
brała wyłącznie w dwa paluszki
po czym składała usta w ciup…
Proszę nie stawiać oczu w słup –
tak tutaj robi się wydmuszki…
Stara panna z Sosnowca
Elegancka stara panna z Sosnowca
po wypiciu choćby szklanki browca
oddawała coś do lombardu
aby rzucić się w otchłań hazardu
(ze szczególnym uwzględnieniem “salonowca”)
Pan z Rejkiaviku
Pewien pan z Rejkiaviku
miał kłopotów bez liku
co prawda na słowo “bandyta”
mówił “phi! A co mi tam?”
ale sypiał zawsze w bagażniku
Garnek i świnka (Cyklady)
to była dobra wyspa tak okrągła
jak brzuch kobiety jak leżąca tarcza
czasem nocami mruczała nam sennie
i kołysała nasze małe śmierci
nasi mężczyźni o czerwonych
plecach pierwsi poczuli powiew podniecenia
nagle żaglowcom wyrastały piersi
dłonie garncarzy kształtowały biodra
a nam kobietom okrąglały brzuchy
białe i święte i rosła w nas pewność
że oto idzie poród i poczęcie
że wyspa rodzi następne stulecia
pakujemy się
wszystko co jest nami
musimy przewieźć gdzie indziej
nie wolno uronić pierścionka monety
przepaski do włosów nic co zostawione
mogłoby nas w przyszłości skłaniać do powrotu
cały nasz żal zabieramy ze sobą
choć czerwone ramiona naszych wioślarzy
jednogłośnie uchwalają irytację
nie zostawimy nawet niepotrzebnych
drobiazgów starych prezentów dziurawej sukienki
wazy na wichry z ułamanym uchem
morze trzeszczy
i mimo wszystko obracamy głowy
w których kołują rzeczy zapomniane
ten stary garnek co stał na podwórzu
i chora świnka w zagrodzie od morza
