AutorRafał Fagas

Pustelnia sp. z o.o.

P

Archibald Dreptak – mnich mądry, powziął na starość pokorne
postanowienie że wkrótce porzuci życie klasztorne
i tylko ze starym kosturem wyruszy o świcie w teren
a potem, w miejscu ustronnym założy niewielki erem
gdzie wieść będzie żywot święty, na modłach tudzież pokucie
zbywszy się myśli grzesznych a takoż grzesznych uciech.

Jak pomyślał tak zrobił, żegnany pewnego poranka
łzami braci zakonnych kiedy żelazna bramka
zamknęła się za nim ze zgrzytem. Brat łkanie stłumił dzielnie
i powlókł się drogą poszukać miejsca na swoją pustelnię.
Znalazł uroczą polanę na skraju siedzib ludzkich
ze źródłem i łączką jak ulał do instalacji kózki.
Rękawy habitu zakasał i po tygodniu w końcu
miał własną wygodną pustelnię według najlepszych wzorców
gdzie modlił się a okoliczny miejscowy element przeróżny
przynosił mu skromne posiłki w charakterze jałmużny.

Atoli pewnego poranka przyszedł posłaniec (wprost z dworu)
i przyniósł mu list polecony z potwierdzeniem odbioru.
Z grozy meknęła koza, krzyk dziwny wydał ptak
gdy mnich przeczytał pismo co brzmiało mniej więcej tak:

“Wzywa się ob. Dreptaka na podst. par. 16
ust. 9 dz. ustaw nr 212
z późniejszymi zmianami (tryb natychmiastowy)
do spłaty należności z tytułu: podatek gruntowy.
Jednocześnie ostrzega się obywatela Dreptaka
że posiadanie kozy tudzież hodowla ptaka
wymaga osobnych zezwoleń oraz konieczność stwarza
obowiązkowej kontroli dworskiego weterynarza”

Gdy Dreptak rażony tym pismem pion odzyskiwał powoli
następny posłaniec przydreptał i skrawek banderoli
dał mu do podpisania, zasalutował, rzekł “cześć”!
i wręczył kolejny dokument co taką mniej więcej miał treść:

“Wzywa się ob. Dreptaka na podst. par. 38
do ujawnienia dochodów w postaci: pieczone prosie,
czternaście chlebów małych, jeden duży z kminkiem,
dwa kotlety z dziczyzny (mielonej przez maszynkę),
dzban miodu i cztery woreczki kukurydzianych płatków
i do uiszczenia z tytułu owych dochodów podatku
wys. 75% na podst. “Ust. podatkowe”
wraz z odsetkami za zwłokę w wys. ustawowej.”

Dreptak nerwowo chrząkał i rąbek swej odzieży
miął w palcach konwulsyjnie a tu następny bieży
posłaniec – ze Straży Pożarnej, i jeszcze jeden z ZUSu,
i trzeci z Sanepidu, czwarty z Kontroli Usług,
piąty z PIPu a szósty? Szósty nie pamiętam
a siódmy z Urzedu Ochrony Konkurencji i Konsumenta.

A nazajutrz zapukał nad ranem komornik. Stuk puk.
Po czym Archibald Dreptak doświadczył eksmisji na bruk.
Gdzie leżał zdziwiony tak długo, że wreszcie z krótkim trzaskiem
straż miejska żółtą blokadę mu nałożyła na laskę.

Dzięki czemu naczelnik mógł do swych zaliczyć wyników
zwalczanie szarej strefy wśród gminnych pustelników.

Głosuj za samorozwiązaniem

G

Drodzy Panowie, piękne Panie
a także ty, nieletni brzdącu –
głosuj za samorozwiązaniem
niech się coś samo zrobi w końcu!

Słuszną to dumę mą obudzi
i rozraduję się na fest ja
kiedy się bez udziału ludzi
samorozwiąże jakaś kwestia.

Same zbudują się stadiony
same położą autostrady
same się włączą dyktafony
same obsadzą się posady.

Sama rozwiąże się gardłowa
sprawa co trapi nas co raz to.
Samorozwiąże się umowa
pracy z niechcianym pracodawcą.

Same rozwiążą się krzyżówki,
problem ze szwagrem strasznym szują,
niech nawet może i sznurówki
się nam posamorozwiązują.

Ginekolodzy na zasiłek!
Od dziś zastępy dumnych pań
wezmą ochoczo w swoje ręce
kwestię swych samorozwiązań!

Rozwiążą się nam same sumy
i cuma która trzyma statek.
Pojawią się z pewnością tłumy
samorozwiązłych nastolatek.

Więc już się nie męcz. Rozpal grilla
albo się połóż na tapczanie.
Co tam się będziesz sam wysilał? –
– głosuj za samorozwiązaniem!

Kapuściane pola forever

K

1.
Uważaj by się wtedy nie obudzić
w taką noc albo przedświt sierpniowy
gdy tłumowi kapuścianych ludzi
srebrny księżyc świeci na głowy

Kiedy głowy mają w srebrnym pyle
a z nich każda od innych jest lepsza
gdy wystaje z ziemi tylko tyle
żeby móc zaczerpnąć powietrza

Ref:
Tak dostatnio się czują i bezpiecznie
tkwiąc po uszy w księżycowej polewie
kapuściane pola są wieczne
kapuściane pola forever

Życie nie jest ani trochę ciekawsze
gdy się ptakiem jest na smukłym drzewie
kapuściane pola na zawsze
kapuściane pola forever

2.
Uważaj by się wtedy nie obudzić
bo to zbrodnia krwawa i okropna
tak przestraszyć kapuścianych ludzi
stojąc nago w jasnej ramie okna

Można wtedy ich niepogrzebanych
doprowadzić na skraj srebrnej paniki
kiedy ich nieużywane krtanie
będą piły ciasne ziemskie kołnierzyki

3.
Niechaj śpią póki ich śmierć nie odwiedzi
z szatkownicy srebrnoszarej frygą
by z ich głów nieudolnie sklecić
kapuśniaczek lub armatni bigos.

Bajdewind

B

Kiedy wiatr mnie odpychał – płynąłem najszybciej
rozcinając jezioro jak nowo kupioną
książkę. Deszcz tylko czasem spieszył mu z pomocą
ale bez przekonania. Prawie nieprawdziwie.

Pieściłem wtedy sznury a ogromne żagle
twardniały jakby powietrze nabrało powietrza
czekając aż je wysmagam po przejrzystych plecach
jedną z tysiąca linek albo samym masztem.

Kiedy wiatr mnie odpychał – płynąłem jak wariat
szukając Cię uważnie jak podwodnej skały
słuchając Cię w melodiach grywanych na wantach

przez ulotne syreny. Płynąłem uważny
dzieląc bezkres jeziora na małe akwaria
łamiąc wolę wichury na bezradne szkwały.

Producent weneckich masek

P

Pewien producent weneckich masek
kupił w Genui skórzany pasek.
Od tej chwili wybijał z głowy
swemu synowi kodem paskowym
towarzystwo niewłaściwych lasek.

Patefon, plafon i dyktafon

P

Kazio Dreptak wrócił z delegacji,
wpadł do kuchni, obił żonę tacą
tak znienacka i bez dania racji
że biedaczka krzyknęła: “Za co??”

Na co Dreptak krzesząc z oczu iskry
ciut pogmerał za dębową szafą,
“Łeb na karku mają te ministry” –
warknął głucho i wydobył dyktafon.

Po czym z dziką satysfakcją na licu
tak zakrzyknął bardzo z siebie dumny:
“Mam cię wreszcie wredna ladacznico!
Oto będzie gwóźdź do Twojej trumny!

Ja pracuję, nierzadko nocami
a Ty bździągwo na mój koszt się bawisz!
Bądźcie państwo pewni że ta pani
już nikomu rogów nie przyprawi!”

Żona najpierw pobladła wyraźnie
lecz po chwili uśmiechnęła się nikle
po czym cicho powiedziała: “Kaźmierz,
tać go Kaźmierz nie włączyłeś jak zwykle..”

i powoli odzyskując rezon
ruchem płynnym jak u Cindy Crowford
wyciągnęła z jego teczki salceson
i wyjęła z niego magnetofon.

Który zaraz, przytuliwszy do łona,
ciekawością kobiecą płonąc –
odsłuchała, przy czym jako żona
wyglądała na zupełnie porażoną.

Dreptak milczał jakby go ktoś zamurował
a małżeństwa połowa żeńska
mówi: “Twoja sytuacja procesowa
jest mój mężu niebywale ciężka

gdyż mam w ręku niezbite dowody
żeś niedawno z rozkoszy dyszał
na dwa głosy z tą przeciętnej urody
Pędziakiewicz Ludmiłą z Przasnysza”

Kazio Dreptak poczuł w sercu ukłucie
jakby mocno rozpalonej klingi
po czym chyłkiem z pokoju uciekł
pooglądać żonine bilingi.

A małżonka spokojnym ruchem
starła blaty, dała kota na balkon,
poprawiła odbiornik za uchem
i mikrofon (ten za umywalką),

odkurzyła pluskwy pod poduszką
i zagłuszacz sygnału “ŁAPSERDAK”
po czym z dumą opadła na łóżko
żując kartę swojego prepaida.

Wnioski z tego nie są wcale zabawne:
w nowoczesnym gospodarstwie częściej
przeciekają informacje niejawne
niźli rury w kuchni czy łazience.

Patmos

P

Ukrywam się na Patmos o krótkich, urywanych
plażach. W domku na szczycie gdzie mnie nie zaskoczy
ognista kula ponad horyzontem

Kiedy nadjeżdża mleczarz słyszę szkrzypienie stempli
co podpierają niebo. Okoliczne góry
plują gdy nikt nie widzi lawą prosto w twarz

Więc nie wychodzę często, staram się nie słyszeć
fałszywych anielskich chórów co ćwiczą w gospodzie
przed ostatecznym mrokiem. Czasem, czasem tylko
przemykam się nad morze żeby czekać fali
heroicznie, odważnie z wodą po kolana.

Potem wracam pod kołdrę poprzez krwawe łąki
maków co płyną zboczem małej wyspy Patmos
na moją świętą drzemkę, na mój ważny sen.

Statek pijany (za A. Rimbaud)

S

Płynąłem wtedy z obojętnym prądem rzek,
gdy luźna stała się flisackiej liny smycz:
moich flisaków rozwrzeszczany przybił ćwiek
do barwnych pali, gdzie czerwonoskóra dzicz.

Nigdy nie ważył dla mnie nic załogi los
pod jarzmem wełny z Anglii i flamandzkich zbóż,
więc gdy człowieka na pokładzie umilkł głos,
mogłem wskroś fali tam, gdzie chciałem, płynąć już.

Wśród dzikich sztormów w zeszłej zimy mroźny szał
głuchszy niż dziecka rozum, przez kotary mgieł
bez tchu pędziłem, a półwyspów, gdym je brał,
tryumfalniejszy nigdy nie dobiegał zgiełk.

Dłoń huraganu morski mi sprawiła chrzest.
Lekki jak korek przez dni dziesięć grzbiety fal,
co ludziom śmierć przynoszą, które znaczą kres,
znaczyłem tańcem, lądu mi nie było żal!

Słodsza niż młodych jabłek w ustach dzieci smak
woda zielony rozpoczęła we mnie żer:
cierpkiego wina woń, wymiotów ludzkich znak
zmywa bez śladu, rwie kotwicę, łyka ster.

Odtąd pławiłem się w tym Poemacie Mórz,
mleczny i słodki popijając koktail z gwiazd;
żarłem ten błękit wielki, w którym blady już
topielec, marząc, swą ostatnią płynie z tras.

Błękit, co nagle szmaragdowiał pośród zjaw
albo powolnym rytmem kapał w świetle dni,
od wódki trwalsza, nad muzykę godna braw
w nim fermentuje gorzka miłość barwy krwi!

Wiem co tornada, w błyskawicach nieba skrzyp,
co morskie prądy i przypływy; wiem co zmrok.
Gołębim skrzydłem nieraz zrywał się mój świt,
widziałem rzeczy, których pragnie ludzki wzrok!

Widziałem słońce niskie, w nim mistyczny strach,
gdy siną barwą utrwalało długi cień,
jak z greckich chórów fale, odchodzące w piach,
co maską kryły tajemnicę swoich drżeń!

I śniłem noc zieloną, kiedy skrzył się śnieg,
usta, co z wolna dotykają morskich rzęs,
w błękicie, w żółci przebudzony lśniący śpiew
i wirowanie niebywałe aż po kres!

I podążałem przez miesiące, których pęd
był jak paniczne stado, fali grzmiącej wizg,
nie śniąc o Mariach, o srebrzystej sile pięt,
co w gardziel morza mogła wdeptać by ich pysk!

Bajecznych Floryd także nadszarpnąłem klin
– okiem pantery tam na ciebie patrzy kwiat
o ludzkiej skórze; grube tęcze, wzorem lin,
pętają stwory morskie, w całość wiążąc świat!

Widziałem bagna, co nie przestawały wrzeć,
gnijące w sieciach lewiatany pośród trzcin,
w ciszy bezwietrznej wody spadające precz,
dale, co płyną bez wahania w wodny młyn,

lodowce, słońca srebrne wśród perłowych fal,
spiekotę nieba, w brązach zatok skryty wrak,
gdzie w wielkich wężach ma robactwo stół i bal,
gdzie wielkie węże oplatają czarny krzak!

Dzieciom pokazać chciałbym cały morski kram:
błękitną falę, złote łuski, rybi śpiew,
jak się kołyszę pośród ukwieconych pian,
jak mnie unosi wzwyż oceaniczny wiew.

Czasem mierziły mnie zwrotniki, ziemska oś,
lecz wtedy morze, łkając słodko pośród mdleń,
macką żółtawą przejmowało mnie na wskroś
– nieruchomiałem jak klęczącej damy cień…

albo jak wyspa, której ktoś bezcześci brzeg
pyskówką, guanem jasnookich, wściekłych mew.
I wstecz płynąłem, gdy przez więzów moich ścieg
senni topielcy zstępowali w morza zlew!

Ja, zabłąkany pod nadbrzeżnym włosiem palm,
rzucony wichrem w przestrzeń, gdzie nie mieszka ptak,
czy żagiel Hanzy, czy strażniczych łodzi stal
za słabe są na mój pijany morzem wrak;

wolny, dymiący, na liliowych grzbietach mgieł,
ja, co dziobałem czerwonego nieba kark,
com dla poetów woził pierwszorzędny dżem,
porosty słońca i lazuru wielki smark;

maszty me zdobił nieraz elektryczny wij,
czarne koniki morskie straż przy burcie mej
dzielnie trzymały, kiedy lipców tęgi kij
ultramarynę nieba wtłaczał w ognia lej;

mnie który drżałem czując na pięćdziesiąt lig
pomruki Behemotów i Maelstromów bieg,
błękitne place morza przemierzałem w mig,
śni mi się wciąż Europa – jej antyczny brzeg!

Widziałem gwiazd archipelagi, gdzie wysp kra
otwartym dla żeglarzy firmamentem śni:
– Śpisz już? Jesteś wygnany w taką noc bez dna?
Milionie złotych ptaków, Ogniu przyszłych dni?

Płakałem dosyć! Ból przeszywa każdy świt,
krzywi się słońce, księżyc też ma minę złą:
Skorodowana miłość mnie wypełnia zbyt
– Pękajcie wręgi! Dzisiaj pragnę iść na dno!

I takie tylko z mórz Europy mi się śni:
w ciemnym zaułku jednej z kałuż chłodny blat,
nad którym dziecko pełne smutku dniami tkwi
żaglowce kruche jak motyle śląc na wiatr.

Skąpany w fal depresjach nie potrafię już
przemierzać wodnych szlaków po bawełny blok,
płynąć w sztandarów pychę i bitewny kurz
ani wiosłować, czując ciężki galer wzrok.

Maliny

M

Wybierzmy sie psze pana na poziomki
bez żadnej żelatyny czy pektyny
spakujmy sobie termos, ze dwie kromki
wybierzmy sie psze pana na maliny

Pan bedzie pewnie bzdurzył o chruśniakach
o dzbankach, ostrym nożu, Balladynie
lecz pewnie pan nie pojmie czemu taka
dlaczego jestem inna w tej malinie

I znowu trawą słów porosną krzewy
na kolcach będę brzdąkać od niechcenia
Pan nie rozumie, że wskazane jest ażeby
nie mieć w malinach zbyt dużego wykształcenia…

Rosjanka w Rodopach

R

Pewna rosjanka w Rodopach
mówiła do męża: Stiopa –
małżonku najdroższy mój –
mówiłam “obcisły strój”
weź na narty. Ale nie w rajstopach!

Kategorie

Archiwum