AutorRafał Fagas

Transporter 3

T

Pasjami lubię oglądać trzecie części filmów. O ile pierwszy sequel robiony jest jeszcze z nadzieją, że przebije się popularność oryginału i wejdzie się do wąskiego panteonu reżyserów, którym się ta sztuka udała, o tyle trójka robiona jest zawsze na luzie bo wiadomo, że się nie uda a chodzi tylko o to żeby zarobić. Ta czystość intencji sprawia, że trzecie części pozbawione są zazwyczaj owego drugoczęściowego zadęcia a ponieważ zazwyczaj pozbawione są również znacznej części pierwotnego budżetu – reżyser musi trochę pogłówkować.

No i w przypadku Transportera 3 – pogłówkował. Dla tych, którzy nie oglądali żadnego z Transporterów, streszczę iż film opowiada o kierowcy. Znamy takie filmy. Nie jest to jednak remake swojskiej “Drogi” a Jason Stetham w niczym nie przypomina Wiesława Gołasa. Stetham z pewnością nie spala rankiem “petów dwóch” i słodzi jak trza herbatę (choć sądząc z postury robi to przy pomocy aspartamu lub anabolików). Stehtam nie wkłada waciaka przed wejściem do swojego Stara – on wkłada elegancki garnitur przed wejściem do swojego Audika. I choć, podobnie do Gołasa, świadczy usługi transportowe, to zazwyczaj sprowadzają się one do przewiezienia niewielkiej tajemniczej walizeczki lub koperty a nie rur i blach do budowy rurociągu w Rębieszewie.

Tym razem Jason bierze robotę wbrew swojej woli. Jakiś hipermafiozo działający na rynku wschodnim (ulubiony ostatnio rodzaj mafiozów w filmie amerykańskim. Cosa Nostra jest ewidentnie w odwrocie) przy pomocy gazrurki (ulubiony rodzaj oddziaływania rynków wschodnich na zachodnie) pozbawia go przytomności, kluczyków do samochodu  i garderoby. Kiedy bohater odzyskuje władzę w członkach, mafiozo oddaje mu garnitur i wypucowaną audicę (co jest pewnym scenariuszowym zgrzytem bo przecież wiadomo, że ci ze wschodu nie oddają samochodów) i komunikuje mu, że oto zawarli ustną umowę o usługę transportową a zamiast GPSa i tachometru, na straży jej rzetelnego wykonania stać będzie błyszcząca, zatrzaśnięta na mocarnym przegubie kierowcy wybuchowa bransoleta. Oddali się taki od wozu na więcej niż sto metrów i bum!

No a potem – jak to w Transporterach bywa – dużo i szybko jeżdżą a Stetham bije po twarzach wszystkich nasyłanych na niego mordali. W pewnym momencie, znużony monotonią tego bicia po mordzie ręką, zaczyna ich bić swoją garderobą: dusi krawatem, pozbawia przytomności maryna-rką, dziesiątkuje białą koszulą. Aż boję się pomyśleć co by im zrobił swoimi majtkami ale na szczęście napastnicy wyczerpali się zanim doszedł do paska od spodni.

W związku z bransoletą, akcja filmu nigdy nie oddala się na więcej niż sto metrów od samochodu, co z pewnością jest okolicznością nader pożądaną przez reklamodawcę (tak się robi product placement panowie!). W kluczowym momencie główny bohater zabiera swój samochód nawet do pociągu pospiesznego (nie wykupując zresztą dla niego miejscówki), co może dziwić przedstawicieli cywylizacji zachodnich, ale dla nas jest przecież odruchem jak najbardziej normalnym – kiedy już się ma takie audi to nie można go spuszczać z oka bo ukradną. Ta kulturowa różnica niweczy nieco wysiłki scenarzystów aby zaskoczyć nas jakąś niecodzienną sytuacją.

Oczywiście wszystko kończy się dobrze a główny badguy ginie w płomieniach jak to zwykle robią badguy’e. Z filmu zaś płyną różnorakie morały:

  1. Garnitur z Wólczanki może zabić.
  2. Nie należy się nazbyt oddalać od swojego samochodu.
  3. Dobry mechanik samochodowy potrafi włamać się przez Internet do Pentagonu.
  4. Liczy się to co się ma pod maską.
  5. Kobieta na przednim siedzeniu to nieszczęście.
  6. Kobieta na tylnym siedzeniu to drzemiące nieszczęście.
  7. Poduszki powietrzne w audi nie otwierają się nawet kiedy skoczy się samochodem z mostu na jadący pociąg.
  8. Oprócz ręcznego i nożnego należy posiadać również hamulce moralne.

Limmat

L

Dziś na niebie był dziwnie uśmiechnięty księżyc
a nad nim jasna Wenus jak zalotny pieprzyk
kiedy wracałem z pracy ścieżką nad Limmatem
patrząc kącikiem oka na śpiące łabędzie.

Niebo było bezchmurne a w świetle zachodu
ścieżki aeroplanów krwawiły jaskrawie
jak gdyby ktoś chciał skreślić Wenus, niebo, księżyc
ale stojąc na palcach, ciągle nie trafiając.

Dobrze było przystanąć i zimnym żelazem
barierki schłodzić ciężkie rozpalone czoło
by zobaczyć że na dnie, pod przejrzystą wodą
rzeczy co utonęły wiodą ciche życie.

I że się na nich kładzie odbiciem ten księżyc
i że Wenus im świeci jak zalotny pieprzyk
i szybują nad nimi widmowe łabędzie
co widziane spod wody są jak białe kwiaty.

Bezkresna biel

B

Dzień dobry. Otwórz oczy. Jak Ci się dzisiaj spało?
Wdycham Twój nocny zapach, wszystko co pośród nocy
wyśniłaś: ciemne zaułki, brzeg morza, równiny Rosji,
deszcz ciepły i demony. Świt dzisiaj zawiało na biało.

Jesteśmy białoskórzy. W bieli wśród białych podwórek
leżymy niedobudzeni, aż do białości blisko
a ja leniwym opuszkiem, gładkim jak lodowisko
przemierzam śnieżne pustynie albinotycznej skóry.

Dzień dobry. Dziś tylko na zewnątrz temperatura nam spadła
poniżej zera o cztery, trzy albo nawet dwie kreski.
Wewnątrz dyszymy z gorąca w duecie na dwa suche gardła

rysując na sobie białe, pięciopalczaste ścieżki
aby na końcu tych ścieżek, na białym tle prześcieradła
odnaleźć białka Twych oczu – wilgotne z rozkoszy śnieżki.

Kładyzm

K

Usłyszałem w radiu, czy też zasłyszałem w jakimś Eurosporcie, że ostatnio spore sukcesy odnoszą na światowych arenach, stadionach, czy gdzie tam jeszcze – polscy kładyści. Ech – pomyślałem sobie – to jest sport dla mnie. Wszak w kładzeniu się jestem mistrzem nad mistrze. Kładę się gdzie popadnie, w każdych okolicznościach a do tego z niemałym wdziękiem. I równie dobry jestem w kładyźmie prostym jak i w wieloboju (lewy bok, na wznak, prawy bok). Daję sobie radę zarówno w kładyźmie długodystansowym jak i w szybkich drzemkach na czas. A jeśli uprzednio napiję się odpowiednio dużo alkoholu to i w sztafecie się sprawdzę.

Promujmy kładyzm wśród młodzieży. To dyscyplina tania, zdrowa i rozwijająca. Jednocześnie letnia i zimowa, halowa i terenowa, indywidualna i zbiorowa. Znajdą w niej coś zarówno samotnicy, z tych co to przemierzają samotnie oceany leżąc na tratwie, jak i osoby towarzyskie w ramach dwójki, trójki lub czwórki bez sternika.  Niech rząd i gminy wspomogą budowę publicznie dostępnych ośrodków kładystycznych! Niech powstanie Polski Związek Leżących Na Płask – pierwszy związek sportowy, którego prezesi będą uprawiać reprezentowaną przez siebie dyscyplinę (nierzadko leżąc na płask na brzuchu z rękami na głowie). Niech kibice krzyczą z trybun: “Leż Adam! Leż!”. Niech wreszcie to pospolite leżenie ugruntuje nasze geopolityczne położenie!

Kładyzm kładką do lepszego jutra! Chodzi o to byśmy mogli na sobie polegać!

Pani z Kairu

P

Pewna pani mieszkająca w Kairze
piramidy wieczorami liże.
I możliwe że sensu w tym nie ma
lecz we wtorek piramida Chefrena
zakrzyknęła: nie, nie tutaj! Wyżej!

Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia. Ta Ziemia.

D

Na skutek otrzymanego wałkiem w tył głowy ciosu
Dreptak nawiązał kontakt z cywilizacją z kosmosu
od której nie dalej jak wczoraj, dostał tajnego grypsa
że w dwa tysiące dwunastym ma być apokalipsa.
Z początku nie przejął się wcale bo z racji szwagierki Edyty
z klipsami i ondulacją był, jak to mówią – obyty
lecz wreszcie w encyklopedii, na poprawinach u brata
przeczytał że ta elipsa to ponoć koniec świata.

Więc jako człowiek zaradny zaciągnął był liczne kredyty
na lat 40 i więcej, zakręcił się koło Edyty,
dał w mordę szefowi-szui, spotwarzył publicznie teścia
po czym wymówił posadę i wybył na działkę do Brześcia.

Tam żył jak pączek w maśle, pił piwo, chodził na ryby
czekając na przylot z kosmosu ogromnej planety Nibir
co miała (wedle kosmity, a mówił że nie żartuje)
zmieść wszystkie większe miasta, teścia i szefa-szuję.

A w gwiazdozbiorze Oriona była w remizie zabawa
i wszyscy śmiali się setnie, że tak im się udał kawał.
Więc znowu chwycili komórkę i pod losowe numery
dzwonili do Liry, na Marsa, układu siedem-sześć-cztery,
zamówić pizzę z Plutona lub frytki z Dużego Ptaka
pękając do rana ze śmiechu na myśl o kredytach Dreptaka…

Nie noszę stringów

N

Nabyłem niedawno trójpłytowy album z piosenkami z filmów wytwórni Disney’a.  Piosenki z filmów dla dzieci znaczy się. Słucham ja tego, słucham (nierzadko w oryginale bo akurat posiadam język angielski) i włos, jeszcze gęsty, podnosi mi się na głowie! Otóż taka, dajmy na to, piosenka z Pinokia aż kipi od podskórnej pornografii! Żeby zwrócić uwagę opinii publicznej na ten niebezpieczny dla rozwoju naszych milusińskich fakt, postanowiłem przetłumaczyć poprawnie (a nie eufemistycznie, jak zrobił to polski dystrybutor filmu) owo dyszące wyuzdaną erotyką dzieło.

Oto one. Piosenka nazywa się “I’ve got no strings” czyli “Nie noszę stringów“. Przy okazji wyszło na jaw dlaczego Pinokiowi w “Shreck’u” tak wydłużył się nos kiedy kazali mu powiedzieć, że nie nosi skórzanej bielizny…

Pinokio
Dziś stringi nie
spinają mnie
dziś mogę robić to co chce
Było mnie
w tych stringach źle
więc w końcu zdjąłem jeHi-ho to czasu znak
od dziś będę chodził tak
Wolny jak jakiś ptak
gdy wiosenny wieje wiatrGdy stringów brak
to frajdę mam
już mnie nie zwiąże byle cham
Żaden mnie
nie ciągnie drut –
nie wdziewam nic pod spód

Duńska pacynka
    Bez stringów twój
swobodny sztych
niech dziabie mnie nad Zuider Zee
Ja, Ja, Jaaaa…
Gdy kochasz mnie
swe stringi przegryzę

Francuska laleczka
Bez stringów ci
Comme ci comme ca
Twój savoire-faire jest ooh la la!
Ja stringi mam
lecz entre nous
odetnę je. C’est tout!

Rosyjska lala
    Jest gdzieś nad Wołgą klub
mam tam jutro rendezvous
z Iwanem jak ze snu
ale wolę z tobą pójść, hey!

Pinocchio
I’ve got no strings
To hold me down
To make me fret, or make me frown
I had strings
But now I’m free
There are no strings on meHi-ho the me-ri-o
That’s the only way to go
I want the world to know
Nothing ever worries meI’ve got no strings
So I have fun
I’m not tied up to anyone
They’ve got strings
But you can see
There are no strings on me

Dutch puppet
    You have no strings
Your arms is free
To love me by the Zuider Zee
Ya, ya, ya
If you would woo
I’d bust my strings for you

French puppet
You’ve got no strings
Comme ci comme ca
Your savoire-faire is ooh la la!
I’ve got strings
But entre nous
I’d cut my strings for you

Russian puppet
Down where the Volga flows
There’s a Russian rendezvous
Where me and Ivan go
But I’d rather go with you, hey!

O kurdyjskim szczerbatym maharadży

O

Gdzie morgi kardamonu,
gdzie zadziorne piargi
bronią wrogom ubrdanym
wedrzeć się przez progi
żył maharadża Roman
(grube jego wargi
skrywały nieprzebrany
skarb stomatologii)

Rzekł raz magnat-chryzostom:
“Furda narodowa
tradycja! Furda pardon!
Furda protokoły!
Grunt to gry i podróże!
Serce z ożebrowań
rwie się (jak rzecze żargon)
poza ostrokoły!”

Rozkazał więc rydwany,
dywan, artefakty,
oraz inne drobiazgi
zabrać swym gwardzistom
i w te dyrdy wyruszył
poprzez katarakty
na nord-west, krzesząc drzazgi
(i drąc się nieczysto)

Kiedy bramy Kordoby
rozkrwawiał poranek
Roman wrąbał po drodze
paczkę wiśni “Cherry”,
grudę chałwy, burgunda,
grog  i obwarzanek
po czym zagrzmiał “trzy słodzę!
albo lepiej cztery!”

Nagle ryk gromowładny –
graf Roman z karety
swą żuchwę dzierżąc w grabach
wypada na trawnik
i rzęzi w paroksyzmach
(Co rzęzi? Niestety
przy szkrabach tudzież babach
zabronił mi prawnik)

To rejwach! To tragedia!
Zaraz sprowadzono
draba drwala, doktora,
padre karmelitę
by grafa górną trójkę
pro publico bono
wyrwać bo dziura spora
(i nie zatkasz kitem)

Roman po tym rodeo
zarżał czując szczerbę
radośnie jak źrebaczek
i drąc się “Wystarczy!”
drużynę swych wybawców
obdarował herbem,
dał order, szal “Versace”
i kupon do karczmy.

Od tej pory trybunał,
hardość halabardy,
pogrom i groza ostrzy
trwoży kraj ten wdzięczny
Nie sypia Roman z ręką
w nocniku musztardy
bo wie Roman – najsroższy
bywa wróg wewnętrzny.

Za twoim termosem będziem Eskimosem

Z

Spazmuje mama od rana, ojcu się robią wrzody –
Odarpi syn Dreptaka wyszedł dziś rano na lody.
Zabrał szpikulec do lodu, chwycił wiaderko do mleka
poszedł na skraj lądolodu i dalejże lód ten siekać.

Ale że nie był bystrzak i miał tendencje do blondu
to siekał tak nieszczęśliwie, że się odsiekał od lądu.
Oj kiepskie wieści psy husky przyniosą ojcu i matce:
Odarpi na krze odpływa: smutny i w czapce-uszatce.

Patrzy i tęsknić zaczyna stojąc do lądu przodem
za pagórkami śnieżnymi i za łąkami pod lodem
kędy przy piciu się rusza grdyka jak śnieg śnieżnobiała
i gdzie panieńskim rumieńcem Kocoń Eulalia pała.

I wnętrze smutnego junaka, w odzieży, w futrze, w bieliźnie
nagle rozpala się żarem w polarnym patriotyzmie,
że aż zakrzyknął “niech żyje!” i dodał “hej! na bagnety!”
niebaczny, że tracić zaczyna grunt pod nogami niestety

bo lód poruszony hasłami, za tym czy tamtym przewodem
łączyć się zaczął z macierzą (czyli zamieniać się w wodę).
Lecz syn Dreptaka nie uległ. Targany dziką nostalgią
śpiewał “Grenlandia Rules” i “odbijemy szablą!”

W końcu nasz młody bohater dumnie swe mięśnie napiął
i zniknął w wody głębinie niczym Leonard di Caprio.
Niechaj powiastki tej puenta zabrzmi gdzie piasek i puszcza,
że kiedy lód się zagrzewa, lód się zazwyczaj rozpuszcza.

Body Dody i absenterzy

B

Noc Sylwestrową, tą jedyną noc w roku, należy spędzić w sposób szczególny. Precz z nudą i rutyną! Niech żyje szaleństwo! – gnany tą myślą, korzystając z uprzejmości znajomych, którzy mnie zaprosili i nie prosili do tańca – i ja zrobiłem w tym roku coś zwariowanego: pooglądałem sobie telewizję.

Dwie telewizje nawet, choć dopiero po dłuższej chwili skonstatowałem, że dziecię znajomych bawi się pilotem i przełącza mnie, zapatrzonego, pomiędzy TVP a Polsatem. Obraz i dźwięk na obu kanałach był bliźniaczo podobny a moja tabloidowa abnegacja nie pozwalała mi wyczuć subtelnych różnic pomiędzy osobami prowadzącymi te przedsięwzięcia, kiedyś zwanymi prezenterami a obecnie, z racji pustki jaką od nich zionęło – absenterami.

Absenterzy dwoili się i troili. Momentami było ich nawet czworo na raz. Ale widać było i czuć, że choćby przyszło ich nawet tysiąc i każdy skonsumowałby tysiąc kotletów (no może z wyjątkiem pani Liszowskiej bo ona dba o linię) to i tak nie udźwignęliby ciężaru gatunkowego tego medialnego show. A ciężar był zaiste imponujący – tysiące biednych ludzi na placu wielkiego miasta, miliony przed telewizorami, miliardy światełek i świetlówek, biliony cekinów na wokalistkach, setki reguł gramatycznych języka polskiego, a naprzeciwko, niczym garstka samotnych kowbojów – oni, nasi dzielni, nieustraszeni absenterzy.

I mógłby się ktoś spodziewać, że według starohebrajskiego przysłowia: z pustego to i Salomon nie naleje. I myliłby się ten kto by tak sądził, bo absenterzy lali nieustannie: lali, olewali, zalewali i starali się być wylewni, sami sprawiając przy tym wrażenie kompletnie zalanych.

Chlusnęli na oniemiałą publikę wartkim strumieniem wokalistek, z których większość udawała że jest kim innym (np. pani Steczkowska udawała Jackowską) a najchętniej ABBĄ. Zespół o starohebrajskiej nazwie ABBA był zresztą wszechobecny a przebranie “za ABBĘ” było na tegorocznych balach kostiumowych z pewnością najpopularniejszym, kolektywnym kostiumem. W jednym momencie doszło nawet do tego, że na obu kanałach jednocześnie śpiewała bliźniaczo podobna ABBA, deklasując w ten sposób w konkurencji bilokacyjnej samego ojca Pio.

Była tylko jedna wokalistka, która nie śpiewała ABBY. Tak. Nie mylicie się. Mówię tu o pani Dodzie “królowa jest tylko jedna a bramki są dwie” Rabczewskiej. Zabijcie mnie ale nie pamiętam co śpiewała. Być może dlatego, że jej kreacja przyćmiła za jednym zamachem tekst, muzykę i interpretację. Otóż pani Doda pojawiła się na scenie bez gaci.

“Szok, czarny smok” – jak śpiewał dawno temu, proroczo, zespół Papadance. Szok, owszem, ale jednocześnie jakaż to była udana (choć zawoalowana) metafora światowego kryzysu finansowego i sytuacji politycznej w Polsce: rajtuski a pod spodem po prostu goła “De”. Zresztą do kryzysowej metaforyki odwoływały się swoją konfekcją również niektóre absenterki. Np. pani Młynarska (starsza) wystąpiła z olśniewającej kreacji uszytej z worków na śmieci firmy “Pan Niezbędny” a pani Steczkowska swoją sukienkę niechybnie wydarła z gardła biurowej niszczarce dokumentów.

A na pożegnanie zespół ABBA, w swoich nieśmiertelnych szlafroczkach rozchylających się niestety wyłącznie na bujnie owłosionej piersi swojej męskiej części – zagrał wiązankę piosenek zespołu ABBA. I wszystko skończyło się tak szybko, że nawet nie zdążyłem się nauczyć który to jest Ibisz a który Kamel.

Ale nic to. Mają ten koncert powtarzać w telewizji to sobie nagram.

Kategorie

Archiwum